W pułapce bólu

reportaż | autor: Paulina Gała
praca napisana w ramach zajęć: formy i gatunki dziennikarskie
prowadzący: red Waldemar Pławski

Czasem wystarczy jeden wieczór, by dowiedzieć się o kimś więcej niż miało się okazję przez całe życie…

Siedziałam w pokoju, przerażona…

Siostra zamknęła drzwi i powiedziała „nie martw się, to tylko jedna noc”. Nie pocieszyła mnie. Wiedziałam, że on siedzi w pokoju obok z zakrwawionymi rękoma… Pierwszy raz zobaczyłam do czego zdolny może być człowiek z miłości? Miłości? A może to mi się tak wydawało. Według niej była to tylko próba szantażu emocjonalnego. Na mnie podziałała, ale przecież nie mogłam nic zrobić.

Siedziałam tak jeszcze chwilę w zamyśleniu (ta chwila wydawała się wiecznością). Jak długo mogłabym w końcu siedzieć zastanawiając się czy człowiek za drzwiami się nie wykrwawi. Usłyszałam cichutkie pukanie. Właściwie poczułam ulgę i przyzwolenie by porozmawiać, z kimś kogo aż do tej chwili wydawało mi się, że znam. W ciągu pięciu godzin dowiedziałam się jak bardzo się myliłam. Całe życie byłam blisko z siostrą, z nim mieszkałyśmy pod jednym dachem około pięciu lat. Czterech – z roczną przerwą, którą rzekomo przebywał za granicą w celach zarobkowych.

Pamiętałam jak wrócił… Siostra zabrała mnie na piknik nad jeziorko. Jaka była moja radość gdy okazało się, że będzie nam towarzyszył. Tak, bardzo go lubiłam. A raczej moje wyobrażenie o nim. Podobała mi się jego otwartość w stosunku do ludzi i poczucie humoru…

Tej nocy nie było tajemnic

Północ minęła a z Książe przemienił się w kopciuszka. Ze łzami w oczach opowiadał jak ten rok spędził w więzieniu. Opowiadał gestykulując. Pokazał mi swój tatuaż na nadgarstku – „kreska – kropka – kreska”, znaczący o przerwie w życiorysie. Znalazł się tam przez drobne kradzieże. A one z kolei były spowodowane potrzebą zdobycia pieniędzy na narkotyki. Taak, narkotyki. Słuchałam, nie mogąc ukryć zdziwienia. Każde zdanie o jego życiu podsumowywał „Pamiętaj, ucz się, żeby w życiu nie skończyć jak ja”. Czy to nauka była powodem takiego losu. Nie wydaje mi się. Jak wielu ludzi mających tak ciężkie dzieciństwo jak on w życiu dorosłym układa sobie szczęśliwe życie?

A jego dzieciństwo w żadnym stopniu nie wyglądało na kolorowe. Rodzice pili, nie szczędzili mu przemocy, niejednokrotnie sypiał na wycieraczce pod drzwiami. Ile cierpień jest w stanie znieść człowiek i nadal udawać, że nic się tak naprawdę nie wydarzyło? Wymazać z pamięci wszystko co złe, aby zbudować nową rodzinę? Aby móc kochać, ufać i budować pozytywne relacje w przyszłości. Ile jest w stanie znieść drugi człowiek, który z taką „doświadczoną przez życie” osobą tworzy relacje. Związek uczuciowy i emocjonalny- przyjaciel czy partner życiowy. Jak widać miłość nie jest w stanie przetrwać wszystkiego i pokonać wszystkich przeszkód. Bo kochali się przecież… Jedni mówią, że miłość, przyjaźń, która się kończy- nie istniała. Ile zatem procent miłości/ przyjaźni było by w relacjach międzyludzkich? Przecież często losy ludzkie się rozchodzą, czy jednak znaczy to, że nie mogę nazwać kogoś przyjacielem? Bo przecież nie wiem czy ten ktoś mnie nie opuści do śmierci?

Słuchałam płacząc…

Razem płakaliśmy. Nie wiem dlaczego mi o tym mówił. Przecież byłam jeszcze dzieckiem. Choć jak mi o tym opowiadał, czułam się dorosła. Tym większą potrzebę czułam, aby pokazać mu zrozumienie, współczucie… Nie wiem czy tego oczekiwał. Czułam się trochę jak w filmie. Wiedziałam, że muszę odegrać w nim swoją rolę, pocieszyć, mimo że nie bardzo wówczas wiedziałam jak. Jak mogłam zrozumieć skoro te wszystkie przykrości i to całe zło nie mieściło mi się w głowie. Jedno wiedziałam na pewno- że jak dorosnę nigdy nie spróbuję żadnych używek i że będę dawać z siebie wszystko. Nie zmarnować daru jaki dostałam od Boga- urodzenie się w przeciętnej polskiej rodzinie. Dawać z siebie wszystko, pamiętając o tym, że nigdy nie jest tak źle aby nie mogło być gorzej, dlatego trzeba cenić każdy dzień życia. On to potrafił. Mimo tych wszystkich nieszczęść.

Zrozumiałam, że to ludzie są w życiu ważni

A wartość mają taką, jaką sami im nadamy. Mogłabym go ocenić, jako „ćpuna” czy „złodzieja”. A nie przeszło mi to przez myśl. Nigdy nie wierzyłam w to, że człowiek może być zły „ z natury”. Myślałam tak wtedy, myślę i dziś. Może dlatego, że nie spotkałam nigdy kogoś takiego, a może dlatego, że zawsze szukałam odpowiedzi o przyczyny ludzkich zachowań. Mam nadzieję, że tak zostanie- nie dlatego, że chcę żyć w „błogiej nieświadomości”, żywiąc się złudną nadzieją, ale dlatego, że gdyby nie takie podejście nigdy nie dążyłabym do poznania drugiego człowieka. Prawdziwego poznania. Zajrzenia w głąb jego duszy, poznania uwarunkowań jego zachowania.

Wydawało mu się, że był zwykłym nastolatkiem

Miał czternaście lat. Chodził do szkoły miał kolegów, koleżanki. W domu nie było tak zupełnie normalnie, ale właściwie nie wiedział jak powinno być. Wstydził się, że rodzice nie mają dobrej pracy i że nie może jak rówieśnicy wyprawić urodzin w domu, ale do tej myśli też przywykł. Nie próbował niczego zmienić, bo nie wiedział jak. Wolał więc znikać na całe dnie z domu. Na szczęście miał się z kim spotkać. Tylko trochę nuda ich czasem męczyła. Zaczęli popijać piwo na osiedlu. Później wódkę. Ktoś poczęstował go papierosem. Rodzice palili, dlaczego on by nie mógł- pomyślał. Nie odmówił także tego dziwnego papierosa. I totalnie odpłynął… Nigdy nie czuł się tak dobrze. Nie mógł przestać się śmiać. Przyszedł też następnego dnia. Znów go poczęstowano. Spotykali się coraz częściej. Palili „maryśkę”. Świetnie się bawili, bo humor im dopisywał. Normalnie był cichy i skryty, miał wiele kompleksów, a po „niej”, po „niej”” wszystkie znikały. Problemy? Nie, dopóki była, nie było problemów. Raz tylko zadziałała odwrotnie. Wydawało mu się wtedy, że goni go mężczyzna z siekierą. Uciekał, a później schronił się w rogu na klatce schodowej i tak w bezruchu przeczekał jakiś czas. Podobno długo. Nie zauważył. Wydarzenie to nie zniechęciło go jednak do palenia. Doszli do etapu, kiedy palili codziennie. Nie traktując tego jednak jako nałóg, a jako rozrywkę. Nie czuli się uzależnieni, bo nic, poza złym humorem, się nie działo jak jej zabrakło. Potrzebował tego, bo czuł się samotny, odrzucony. Nie miał po co wracać do domu. Nikt na niego nie czekał. Może na tym by poprzestali, gdyby ich raz nie poczęstowano czymś mocniejszym… Nie planowali tego. Myśleli, że to czysta marihuana, ale tak uzależniała, że już rano musiał szukać kolejnej „porcji”. Okazało się, że ktoś wymieszał „ją” z heroiną. Później próbowali wielu różnych „wynalazków’, żeby „zabić głód”. Dopóki nie zaczęło brakować pieniędzy. Początkowo podkradał pieniądze rodzicom i babci. Do momentu kiedy się zorientowali. Nie miał wstępu do domu. Pijanych rodziców nie obchodziło na co potrzebował podkradanych pieniędzy. Nie próbowali mu pomóc, bo przecież sami mieli problem od dłuższego czasu. A „głód” nie pozwalał już normalnie funkcjonować. Zaczął więc od drobnych kradzieży. Wyrywanie torebek na ulicach, wyjmowanie portfeli z kieszeni. Pomagali sobie robiąc sztuczny tłum. Wydawało im się, że doszli już do perfekcji. Niestety pieniędzy potrzebowali coraz więcej. Radia, luksusowe sprzęty, kosmetyki- sprzedawali je na stadionie, na bazarach, bogatszym koleżankom. Pojawił się większy problem. Czarna „beta” zatrzymała się przy nich, a z niej wysiadło czterech „napakowanych typów”. Nie przyjechali pożartować. Okazało się, że nie kradną „na swoim terenie”. I owszem mogą to robić dalej, ale nie za darmo. Nawet możliwość kradzieży kosztuje. Wówczas było to 100 dolarów miesięcznie. Zatem musieli kraść jeszcze więcej, żeby móc zapłacić dilerowi i nowopoznanym „kolegom”. Przez jakiś czas dawali radę. Gdyby z czasem potrzeby nie rosły, a i na terenie też ludzie stali się ostrożniejsi. Było coraz ciężej. Zaczęli się zadłużać u dilera, a i 100 dolarów opłaty nie mieli. Któregoś dnia zapakowali go do czarnego samochodu. Związali. Zagrozili, że go utopią. Kazali dzwonić do znajomych i narzeczonej. Żądali dwóch tysięcy. Siostra pojawiła się przerażona po godzinie z tysiącem. Nie miała więcej. Udało się, puścili ich. To straszne wydarzenie niestety nie zapoczątkowało żadnych zmian. Ne potrafił przestać. Do tego te bóle mięśni, kolan. Jak próbował przestać, nie mógł wstać z łóżka. Więc dalej kradł, zadłużał się, często nie wracał na noc. Siedział z kumplami, ciesząc się, że kolejny dzień udało się zarobić na potrzeby.

A właściwie potrzeba była tylko jedna-narkotyki. Nie musiał jeść, spać.

Pieniędzy było wciąż mało

Ale rozwiązanie przyszło samo. Zaczął „dilować” na osiedlu. Czuł się bezpieczny, bo wówczas można było mieć przy sobie jedną „działkę” na własny użytek. Więc po jednej „działce” nosił.

Groźby siostry, że odejdzie nie pomagały

Wiedział, że za bardzo go kocha. I wydawało mu się, że to jej bardziej zależy. Czuł przewagę. Kumple byli najważniejsi. Przyjaźń ponadczasowa. Ludzie przecież się rozstają, a przyjaciele zostają ci sami. Tak mu się przynajmniej wydawało. Do czasu… Kradli właśnie radio. Podjechał radiowóz. Kumple uciekli, został sam. Wziął całą winę na siebie, nie wydał kumpli. Zamknęli go na rok. Gdy wrócił musiał sobie znaleźć nowych „przyjaciół”, bo wszyscy się od niego odsunęli. Po jakimś czasie dał się namówić na detoks. Nie wyszło. Dalej ćpał, kradł. Próbował zacząć jakąś pracę, ale nigdzie nie chciano go przyjąć. Pogrążał się. Siostra pomagała mu jak mogła. Niewiele mogła, dopóki sam nie chciał. Nie mógł. Bo zbyt cierpiał jak nie miał. Wiedział, że jest nikim i że niczego nie osiągnie jeśli nie przestanie. Problem w tym, że stracił już nadzieję. Mimo to miewał okresy, kiedy chciał z tym skończyć. Czuł się silniejszy, ale znowu pojawiał się ten ból. Leżał na łóżku drżąc i zwijając się z bólu. Apteczka domowa przepełniona była prochami przeciwbólowymi. Pojawiał się ogromny niepokój, lęki, czasem wydawało mu się, że nadal jest pod wpływem. Bał się wyjść z domu, bał się ludzi, bał się samego siebie. Nie znał już siebie. Nie rozumiał swoich zachowań. Nie wiedział czego może się po sobie spodziewać. Był nerwowy i nieprzewidywalny. Nie był sobą. Nawet z wyglądu nie przypominał siebie. Nie potrafił sobie przypomnieć co robił wczoraj ani nawet godzinę wcześniej. Jak więc mógł mieć zaufanie do siebie. Bał się, że któregoś dnia może komuś zrobić krzywdę nawet w kolejce w sklepie. Jedyne przed czym nie czuł lęku to śmierć. Niejednokrotnie myślał o samobójstwie. Jedyne co go powstrzymywało to ten lęk przed bólem. Nie chciał tak zginąć, a wiedział, że kiedyś tak to się może skończyć. Ta świadomość stawała się nie do wytrzymania.

I znowu zaczynał…

Niekończący się maraton. Kradł torebki, bo do kradzieży radia potrzebował kolegów, których już wówczas nie miał. Część siedziała w więzieniu, część w „psychiatryku”, część się odsunęła, bądź stoczyła w inny sposób. Ćpał i czuł się sobą. Nie był już jednak spokojny, bo wiedział, że jutro też jest dzień, a on musi mieć od czego go zacząć. Noce był coraz krótsze. Często nie spał, bo myślał co weźmie następnego dnia. Zresztą przerażały go koszmary. Cierpiał na bezsenność. Zaczął zapijać dawki alkoholem. To pomagało mu zasnąć. Właściwie odpłynąć. Jedyny czas, kiedy nie myślał o tym wszech-otaczającym bezsensie.

Zapominał powoli, że obok jest ktoś

Kto go kocha i pragnie mu pomóc. Nie potrafił okazać wdzięczności za pracę do późna, aby jakoś utrzymać mieszkanie. Tak naprawdę to chyba nie wierzył, że miłość istnieje. W każdym razie on nie miał już żadnych uczuć. Jedyne co mu towarzyszyło to emocje, ale też tylko te negatywne. Złość go przepełniała. Czasami wylewała się… Na siostrę, na panią ekspedientkę, nawet na przechodnia. Jak oni wszyscy mogli sobie tak spokojnie funkcjonować, a jemu nikt nie mógł pomóc. Stał się wręcz agresywny. Czuł czasem, że przestaje być człowiekiem. Bo jak inaczej mógł wytłumaczyć tą obojętność na codzienne sprawy. Stracił kontrolę.

Minęło kilka dni ciągu i znów

Próba bycia człowiekiem. Odstawił wszystko. Zastąpił prochami przeciwbólowymi. Przeżył w łóżku kilka dni. Postanowił znaleźć pracę. Upłynęło trochę czasu. Udało się. Teraz tylko codzienna walka, aby jej nie stracić. Pracował, zaczął naprawiać relacje z siostrą. Zaczęło do niego docierać, jak wiele jej zawdzięcza. Było lepiej. Kupili konsolę do gier, aby jakoś zająć mu wieczory. Na jakiś czas wystarczyło. Monotonia nawet miała swój urok. Jednak nie na długo… Spotkał dawnego kumpla na osiedlu. Przyjaciołom się przecież nie odmawia, więc w imię starych dobrych czasów zapalili. Siostra wróciła wtedy późno do domu, już spał. Ostanio zawsze późno wracała. Samotne wieczory zaczynały się dłużyć, więc wymykał się do kumpla- pograć i zapalić. I znów potrzebował więcej. W którąś sobotę mieli spędzić wspólny dzień z siostrą. Siedzieli przy śniadaniu. Dreszcze. Zauważyła. Awantura. Wyszedł trzaskając drzwiami.

Od tej pory wszystko zaczęło się psuć

Ćpał, kradł, „dilował”. Złapali go. Zamknęli na miesiąc. Siostra tym razem odwiedziła go tylko raz. Widział, że i ona straciła już nadzieję na normalne życie. A przynajmniej na normalne życie z nim. Wyszedł po miesiącu i nie miał gdzie pójść. Na początku myślał, że nie będzie się z nią kontaktował. Może już go nie kocha i ułoży sobie życie bez niego. Jeśli nie może jest na etapie zapominania. Nie chciał jej już ranić. Chciał ją tylko jeszcze raz zobaczyć. Czekał pół dnia i pół nocy pod blokiem, w ukryciu. Nie pojawiła się. Rano zapukał do drzwi. Otworzyła nieznajoma kobieta, która wprowadziła się tydzień wcześniej. Przeprosił i odszedł. Martwił się, więc zadzwonił. Mieszkała już z rodzicami. Zmieniła pracę. Zaproponowała spotkanie. Ucieszył się w głębi duszy. Umówili się na weekend.

Musiał poskładać wszystko od początku

Nie miał przecież gdzie mieszkać. Odwiedził rodziców. Ku jego zdziwieniu byli trzeźwi. Porozmawiali chwilę. Mama płakała. Żałowała, że nie widzieli tego wszystkiego. Nie mogli się też z nim od dłuższego czasu skontaktować. Nawet nie mieli numeru do własnego syna. Słuchanie ich sprawiało mu ogromne cierpienie. Jakby ich uleczenie mogło w tej chwili coś zmienić w jego życiu. Gdyby też był uzależniony od alkoholu, pomyślał, może byłby jakiś ratunek. Od „tego” nie widział możliwości ucieczki. Wyłączył się. Zamknął w swoich myślach. Ocknął się, gdy rodzice zaczęli się kłócić. Nie mógł tego słuchać… Nie chciał… Nie musiał… Powiedział, że ich kocha i wyszedł. Odwiedził babcię. Wciąż była jedyną osobą, która go bezwzględnie kochała. Ucieszyła się, bo tak dawno go nie widziała. Martwiła się, że przez miesiąc nie było z nim kontaktu. Wymyślił coś, bo nie chciał jej ranić. Zatrzymał się u niej na kilka dni.

W weekend się spotkali

On i jego miał nadzieję, nie wygasła miłość. Wieczorem przyjechali do niej. Uczucie odżyło. Zbyt długo się znali, zbyt dużo razem przeszli. Nie potrafili się jeszcze pożegnać. Zamieszkali więc znów razem. Znalazł nową pracę, wieczorami jedli razem kolacje. Starała się też zastępować mu kumpli, więc razem grali. Na jakiś czas to wystarczyło. Dopóki po pracy nie zaczął poznawać nowych kolegów w autobusie. Okazało się, że trafił na narkomanów. Poczęstowali go i jak zwykle nie potrafił odmówić. Wrócił do domu całkiem nieprzytomny. Pokłócili się. I tak codziennie. Pamiętam, że często musiałam zamykać dwie pary drzwi i udawać, że nie słyszę ich kłótni. Zdziwiłam się, gdy nagle ucichło. Problem się rozwiązał? Dogadali się? Czy może którejś ze stron przestało zależeć? Siostra po dwóch dniach ciszy wieczorem wyszła. Ładnie ubrana. A ja zostałam i wysłuchałam historii życia osoby do tej pory mi nieznanej. Siedzieliśmy tak do świtu. Właściwie nie zauważyłam upływu tych godzin. Rano wyszedł. To było ostatni raz kiedy go widziałam.

 

Zgłoś błąd / sugestie

© IMiNS, 2016