Papierowym hamburgerom śmierć

reportaż uczestniczący | autor: Andrzej Maliszewski
praca napisana w ramach zajęć: warsztat pisarski
prowadząca: red. Anna Dąbrowska

Niedawno zakończyła się ekspansja fast foodów z zachodu, pora więc nieco zwolnić. Czas na slow food.

Od kilku dni kolega w moim biurze ciągle nawijał o hamburgerach. Jakie to były pyszne, jakie ogromne, jakie fryteczki. A ja przejedzony już McDonaldem, Burger Kingiem i innymi podobnymi „papierowymi hamburgerami” nie mogłem tego słuchać. Ale on zapewniał, że to zupełnie coś innego, że tym razem to prawdziwe mięso i żebym poszedł z nim spróbować. Miałem właśnie na dniach przejść na wiosenną dietę, ale że za oknem leżał jeszcze śnieg, więc postanowiłem zgrzeszyć jedzeniowo ten ostatni raz.

Eskapadę czas zacząć

Następnego dnia przyszedłem do pracy wyjątkowo jak na mnie wcześnie, czyli na godzinę 9:00, tylko po to żeby razem ze wspomnianym kolegą – Maćkiem wyjść razem z biura. Im bliżej było 17:00 tym moja ciekawość i wyobrażenie owej smakowej uczty rosło, szczególnie, że kolega się nakręcał i wspominał podwójne, potrójne, a nawet poczwórne hamburgery pochłaniane przez jego współlokatora. Gdy wybiła umówiona godzina zapakowaliśmy się szybko w miejski tramwaj i pojechaliśmy do ścisłego centrum Warszawy, na ulicę Złotą, gdzie mieści się ów tajemniczy dla mnie lokal. Jak się okazało już w środku tajemniczy dla reszty warszawiaków to on nie był. Wszystkie stoliki były zajęte, a w kolejce do złożenia zamówienia stało jakieś 10 osób. „Musimy więc grzecznie poczekać, aż zwolni się stolik, bo inaczej burgera nie zamówimy” – tłumaczy mi Maciek – „Takie zasady”. Ponieważ reguła niedostępności silnie działa także na mnie, tym bardziej nie mogłem się już doczekać.

American style

Stojąc grzecznie w kolejce zacząłem podziwiać lokal, który choć niewielki, był bardzo stylowo urządzony. Jak wiadomo hamburgery pochodzą z Ameryki, więc wszędzie na ścianach wisiały tamtejsze tablice rejestracyjne, z najróżniejszych stanów. Jak się później dowiedziałem to właśnie tam w Chicago szefowie kuchni pobierali nauki od mistrzów barbeque. Gdzieniegdzie na ścianach lokalu przewijają się humorystyczne hasła napisane markerem, jak np. „alkohol szkodzi zdrowiu, ale poprawia trawienie”, czy „my nie filtrujemy oleju, my go wymieniamy”. Na największej ścianie widzimy napisane kredą menu. Wybór jest przeogromny, a nazwy całkiem zabawne. Mamy np. „Heart attaca”, burgera z podwójnym bekonem i podwójnym serem, „Sex and violence” z ziołowym mascarpone lub „Dirty Harry” z bekonem, krążkami cebulowymi i remoulade. Co najważniejsze, każdy hamburger tutaj składa się z maślanej wypiekanej na miejscu bułki i 200 gramowego burgera ze świeżo mielonej wołowiny. „Najważniejsza jest jakość używanego mięsa, dlatego sami doglądamy krów rasy Charolaise hodowanych tylko dla nas w zaprzyjaźnionej zagrodzie” mówi współwłaściciel Jacek.

Oczekiwanie

Ja na szczęście mam swojego przewodnika, który podpowiedział mi co wybrać – specjalność lokalu: „Bypass, czyli rozjemca tasiemca” – czyli wszystko co najlepsze razy dwa. Podwójny burger 200 gramowy, podwójny bekon, podwójny ser i karmelizowana cebula, a to wszystko przedzielone dodatkowa bułką. Maciek sugeruje, żeby do tego zestawu już lepiej nie brać piwa, choć wybór jest kuszący, bo w lodówce stoją różne regionalne piwa z Kormorana lub Raciborza. Siadamy wiec przy stoliku, a czekanie na zamówienie kolega umila mi opowieściami o tutejszym konkursie na pasibrzucha, czyli najszybsze zjedzenie Bypass’a. Obecny rekord to ok. 1,5 minuty (sic!) który można obejrzeć na Youtube. Maciek wspomina też współlokatora, stałego klienta tego lokalu, który kilka razy w tygodniu jada tu potrójne i poczwórne burgery (takich kolosów nie ma nawet w menu), a obsługa zgłasza się do niego per Mistrzu. Rozglądam się po lokalu. Początkowo miałem wrażenie, że ta moda na burgery, to taki kolejny hipsterki trend. Nie wycofuje się z tego całkowicie, jednak nie można powiedzieć, że to większość w tym lokalu. „Mamy tu studentów Politechniki we flanelach, po zakupowe spotkanie wylansowanych dziewczyn, czasami krawaciarzy. Generalnie różne grupy ludzi” wymienia Jacek. Ja zauważam, że wszystkich łączy jedno – objadają się tu burgerami szeroko otwierając buzie, tłuszcz cieknie im po palcach, a zagryzają to wszystko domowej roboty frytkami. Nikt nigdzie się nie śpieszy, wszyscy delektują się chwilą.

Bitwa

Papierowym hamburgerom śmierćZgodnie z hasłem wypisanym w podobnej konkurencyjnej knajpce „daj nam kilkanaście minut na to, aby przygotować dla Ciebie idealnie grillowanego hamburgera”, po ok. 10 minutach młody chłopak przynosi mi na drewnianej tacy zamówienie. Przede mną stoi przeogromny (ok. 15 cm) burger z wbitą długą wykałaczką trzymającą wszystkie składniki w pionie. Do tego wspomniane wcześniej frytki, sałatkę coleslaw i dwa sosy. Metod na pochłonięcie tego olbrzyma jest kilka. Jedni dzielą go na 2 mniejsze burgery. Inni nie wyjmując wykałaczki obgryzają go jak jabłko. Jeszcze inni zgniatają burgera do najbardziej płaskiej postaci, a później próbują gryźć niemiłosiernie szeroko otwierając usta. Ja wybieram pierwszą metodę. W życiu nie jadłem tak pysznego burgera! Świeżutkie grillowane mięso i liczne dodatki w środku dają, jak to mówi moja żona trójwymiarowy smak. Wszystkie dotychczas zjedzone fast food’owe hamburgery wydają się teraz wielkim błędem. Pochłoniecie tego giganta zajmuje mi ponad 20 minut, więc do rekordu mi daleko. Ale to chyba dlatego, że delektowałem się każdym kęsem i nie wyobrażam sobie inaczej zjeść takiego burgera. Zbrodnią byłoby pochłonąć go w 2 minuty. Chyba zaczynam rozumieć już ideę slow foodu. Taką jakością trzeba się rozkoszować.

Z tarczą i na tarczy

Niestety pełny, a wręcz już obżarty patrzyłem na ścianę z wypisanym menu i planowałem w głowie co pochłonę następnym razem, a jest z czego wybierać. Szczególnie smakowicie zapowiada się na deser domowa szarlotka z lodami. Poza tym co kilka tygodni właściciele wypuszczają tu 2 hamburgery w edycji limitowanej, więc jak mówi Maciek „żarcie tu nigdy się nie nudzi”. Mam tylko nadzieję, że moja wątroba nie polegnie wcześniej.

Gdzie możemy zjeść slow foodowe burgery w Warszawie?

Małe ostrzeżenie – rozmowa z Magdaleną Piechocińska, dietetykiem.

Dlaczego jedzenie burgerów typu slow food ma być lepsze niż popularny fast food?

– Filozofią jaka przyświeca trendowi slow food jest nacisk na jakość składników, w miejsce dbania o cenę, szybkość przyrządzenia i intensywność smaku opartego na chemicznych wzmacniaczach fast foodów. Dbając o zdrowotne walory przyrządzanego jedzenia, nie wykorzystuje się np. powtórnie tego samego tłuszczu, gdyż w wyniku kilkukrotnego podgrzewania powstają w nim rakotwórcze i szkodliwe dla zdrowia substancje. Wielokrotnie wykorzystywany tłuszcz roślinny zawiera tzw. kwasy tłuszczowe typu trans, które wpływają negatywnie na stan naszego organizmu, podnosząc poziom “złego” cholesterolu, a obniżając poziom “dobrego”.

Jednak mimo wszystko to nadal burger z frytkami, czy jest się czego obawiać?

– Hamburgery, ale przede wszystkim frytki stanowią realne zagrożenie dla naszej wątroby. Zawierają ogromne ilości tzw. nasyconych kwasów tłuszczowych, które powodują jej stłuszczenie, nadmierne wydzielanie się enzymów wątrobowych, a w rezultacie stan zapalny, mogący skutkować trwałym jej uszkodzeniem. Mają ponadto działanie podobne do kwasów tłuszczowych trans: podnoszą poziom “złego” cholesterolu w naszym organizmie. Niebezpieczna z tego powodu jest choćby z pozoru niewinna cebula, gdyż wchłania ogromne ilości tłuszczu. Należy również pamiętać, że frytki, oprócz tłuszczy, zawierają także duże ilości cukru, który potęguje negatywny wpływ takiego jedzenia na zdrowie.

Jak często możemy pozwolić sobie na taką ucztę?

– Musimy pamiętać, że wspomniane burgery, to czerwone mięso i nie zaleca się jedzenia go częściej niż raz na 1-2 tygodnie. Dodatkowo pamiętajmy o postępującej epidemii otyłości, która w coraz większym stopniu zaczyna dotyczyć także dzieci. Warto pamiętać, że porcja 100 g frytek zawiera aż 560 kcal, zaś taka sama porcja ugotowanych ziemniaków, to zaledwie 60 kcal. Całą tę różnicę stanowi czysty tłuszcz.

 

Zgłoś błąd / sugestie

© IMiNS, 2016