Dzieciństwo na Syberii

reportaż | autor: Patryk Górski
praca napisana w ramach zajęć: formy i gatunki dziennikarskie
prowadzący: red Waldemar Pławski

10 lutego 1940 r. rozpoczęła się pierwsza masowa wywózka Polaków do syberyjskich łagrów, oficjalnie nazywana „przesiedleniem”. Ponad 200 tysięcy ludzi, takich jak urzędnicy państwowi, działacze samorządowi, właściciele ziemscy zostali wywiezieni do północnych regionów obecnego ZSRR, w okolice Archangielska, Irkucka, Kraju Krasnojarskiego, Komi.

W kwietniu 1940 roku rozpoczął się drugi wywóz Polaków. Tym razem były to głównie rodziny, policjantów i wojskowych. Jedną z osób które zostały wiezione jest Pani Zofia Pałczyńska, która wtedy była małą dziewczynką.

Nazywam się Zofia Pałczyńska, pochodzę z rodziny Buczyńskich. Byłam wtedy jeszcze dzieckiem, pochodziłam z dobrej rodziny i dobrze się nam powodziło. Ojciec był komendantem policji, a mama pracowała w domu. Miałam starsze rodzeństwo, siostrę Helenę i brata Kazimierza.

W 1939 roku wybuchła wojna i wtedy nasza sytuacja, tak samo jak wielu Polaków się pogorszyła. Ojciec pojechał na wojnę, a my musieliśmy pojechać do rodziców mojej mamy. Tam pomieszkaliśmy kilka dni. Następnie pojechaliśmy do Jaworowa, gdzie rodzice mieli wybudowany dom. Kiedy tam przyjechaliśmy, okazało się, że wojsko rosyjskie już zajmowało nasz dom. Byli to tacy jak to mówię „rangi mieli nie wiadomo jakie, ale mieli jakieś tam”. Mieszkali w naszym domu z żonami i dziećmi. Nam powiedzieli, że nas nie wpuszczą. Mamusia chciała zamieszkać w pralni, która znajdowała się na podwórku, ale sąsiadka powiedziała, że idzie zima, i że możemy u niej zamieszkać. U sąsiadki mieszkaliśmy do dnia 30 kwietnia 1940 roku. O godzinie trzeciej nad ranem, ktoś bardzo głośno stukał do drzwi. Mamusia oraz sąsiedzi wstali i podeszli do drzwi. Zapytali „kto tam”. Z za drzwi głos odpowiedział, „Rosyjskie wojsko. Czy tu mieszka Buczyńska Stefania?”. „Tak, to ja”- odpowiedziała moja mama. Żołnierz powiedział „wstawajsja, ubirajsia, pojedziesz”.

Mamusia na początku nie wiedziała co robić, stała i w ogóle się nie ruszała, a nad nią stał rosyjski żołnierz z karabinem i czekał. Po chwili mamusia się ocknęła i zaczęła zbierać nasze rzeczy. Rozłożyła koc i kładła na niego najpotrzebniejsze rzeczy, ubrania, pościel, jedzenie. Do stacji było daleko, więc musieliśmy wszystko pakowaliśmy na furmankę, którą mieliśmy dojechać do pociągu.

Ponieważ byłam najmłodsza i żołnierze nie zwracali na mnie uwagi, mamusia zawołała mnie i dała mi siekierę, bym schowała ją pod płaszczyk, zaniosła na furmankę i ukryła w pościeli. Mamusia wzięła również piłę, schowała w ręcznik i dała mi bym schowała na furmance. Kiedy próbowałam włożyć siekierę w kołdrę Rosjanin to zaważył i powiedział, „nie lzja”, i kazał mi do domu iść. Nie dałam za wygraną i zrobiłam drugie podejście. Usiadłam na furmance, położyłam się na niej i tak wsadziłam piłę, że Rosjanin się nawet nie zorientował. Kiedy mama skończyła nas pakować wsiedliśmy na wóz. Żołnierz rosyjski zawiózł nas na stację.

Kiedy przyjechaliśmy kilka wagonów było już załadowanych. Zapakowali nas do wagonu towarowego, takiego samego jak do przewozu bydła. Kiedy załadowali cały wagon zamknęli nas i pociąg ruszył. Przyjechaliśmy do Lwowa, gdzie pociąg stał bardzo długo. Okazało się że kilku osobom udało się uciec. I od tego momentu wojsko nas pilnowało, by już się to nie powtórzyło.

Dostawaliśmy jeść raz dziennie. Przychodził żołnierz rosyjski i przynosił zupę „co bądź”, była bardzo śmierdząca i bez smaku. Ale mamusia miała schowany chleb i troszkę mięsa, które jej brat przyniósł przed wywózką. I się to jakoś jadło, ale nie sami jedliśmy, dzieliliśmy się z innymi, przecież jechaliśmy razem. Zupy jedliśmy tyle ile się udało, a resztę wylewaliśmy.

W Charkowie, jak przyjechaliśmy, dzieci zostały wyciągnięte z wagonów. W jednym momencie pociąg ruszył, a wszystkie dzieci zaczęły biec za nim. Żołnierze jednak zatrzymali pociąg, bo bali się, że pouciekamy.

W naszym wagonie była żona wojskowego, bardzo młoda. Ciężko było jej wytrzymać stres i nerwy jej zaczęły puszczać. Zaczęła śpiewać „Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy…” I cały wagon zaczął śpiewać, Rosjanom się to nie podobało. Żołnierze szybko zabrali ją do wagonu, który ponoć był dla chorych i jak ludzie potem mówili, uznano ją za wariatkę i odwieziono do Polski.

Tak jechaliśmy pociągiem prawie miesiąc. Dojechaliśmy do miasta, jak to nam tłumaczono Krybińska. Kazali nam wysiąść, wypakowali nasze rzeczy na peron, a ludzi na te rzeczy i czekaliśmy. Przyjechały ciężarówki i zaczęli nas na nie pakować. No i jedziemy. Dwa auta odbiły w prawo, kolejne dwa w lewo, a my nadal jedziemy. Zaczął się górzysty teren. Gubiły się te auta, które jechały za nami. Nam powiedzieli, że nas zawiozą do Kos-isteg. Przywieźli nas i kazali nam szukać mieszkania. Znaleźliśmy jeden dom, który był pusty. To była bardziej taka lepianka, niż dom. Właścicielka tego domu była całą wiosnę na polu. W tej lepiance zamieszkaliśmy wraz z 5 rodzinami. Mieliśmy 2×2m dla każdego. Pościel się kładło na ziemi i się spało. Rano rzeczy pod ścianę się kładło i do pracy. Nie patrzyli kto: dzieci czy nie dzieci, kazali pracować na polu. W lecie było bardzo gorąco 35 stopni. Przy takich temperaturach woleliśmy spać na powietrzu, bo w domach unosił się przykry zapach.

W okolicy znajdowały się same stepy. Wysiewano tylko pszenicę, która nie była wysoka. Kobiety pomagały przy zbiórce. Kombajn zbierał z pola, a to co nie zebrał to dzieci zbierały. I tak było od rana do wieczora. Raz dziennie dawali zupę, która była wodą z kluskami. I tak było codziennie.

Kiedy zbliżała się zima to wróciliśmy do domu, w którym były nasze rzeczy. Gospodyni również wróciła i musieliśmy szukać nowego mieszkania. Przygarnęła nas taka miła pani, która pozwoliła nam mieszkać w kuchni. Po dwóch tygodniach, powiedzieli że zaraz przyjdzie zima. Tam są 4 miesiące lata, a od września zima.

Bawiłam się z innymi dziećmi na podwórku, kiedy przyszli ludzie z NKWD i zaczęli coś mówić. Przestraszyłam się i przybiegłam do mamy powtórzyłam jej co mówili ci panowie, „Staryki padachnut, a ta nasz narod”. Mama powiedziała, „Polacy są silni jakoś wytrzymamy. Na pewno nie poumieramy.”. I faktycznie Polacy się trzymali, pomagaliśmy sobie.

Ponieważ moja mamusia umiała szyć, a gospodyni, u której mieszkaliśmy miała rzeczy do przeróbki to mamusia robiła dla niej na maszynie i nie musieliśmy nic płacić za mieszkanie. Podczas zbiorów, zbieraliśmy troszkę pszenicy do kieszeni. A w domu robiliśmy sobie taką niby kasze. Kaszę albo zacierkę i przeżyliśmy tak cały rok. Kiedy była możliwość, mój brat zaciągną się do armii Andersa. Wprawdzie miał 14 lat, ale wyrósł. Mamusia mówiła do niego, „ty jesteś dzieckiem”, a on odpowiadał „mamuś, ty będziesz miała jedną buzię mniej do wykarmienia”. Jak się potem dowiedzieliśmy, mój brat walczył pod Monte Casino, potem służył w RAF. A po wojnie osiedlił się w Kanadzie, gdzie założył rodzinę.

Pewnego dnia, władze zrobiły wielki wiec i ogłosili, że rozpoczęła się wojna Rosyjsko – Niemiecka. Pod koniec wiecu, prowadzący powiedział na temat Polaków „A Polaczki to liczą, że Niemcy przyjadą na białych koniach i ich oswobodzą.” Człowiek nie myślał o Niemcach, myśleliśmy tylko o powrocie do domu. Kiedy Sikorski był u Stalina to się nam troszkę poprawiło, bo dostawaliśmy dary. Rosjanie bardzo nam zazdrościli, że dostawaliśmy ubrania, mąkę, coś słodkiego. W zimie jako dzieci mieliśmy inne obowiązki niż w lecie. Ja miałam w jednej zagrodzie świnki i musiałam je karmić i ich pilnować. Rosjanki czasem dzieciom z zagrody dawały troszkę mleka. Zanosiłam to do domu, a mamusia próbowała zawsze coś przygotować.

Kiedy zginął Sikorski, to zaczęło być bardzo źle, bo Rosjanie zabierali wszystkie dary, które były dla nas. Wojna trwała już dwa lata. Ponieważ ludność lokalna tworzyła dużo wełny, mama jako że umiała robić na drutach i na szydełku, dogadała się z ludźmi, że będzie robić swetry, które potem będzie można sprzedawać. Mama nauczyła mnie i wszystkich chętnych jak łapać oczka i robić piękne ubrania. Dzięki temu, że robiliśmy swetry, nie musieliśmy już pracować w obozie.

Z racji tego, że nie było elektryczności ani świec, a w sklepie była tylko wódka, mamusia kupowała za swetry wódkę, a następnie wymieniała wódkę z kierowcami na paliwo. Maczaliśmy materiał w benzynie i mieliśmy światło, dzięki temu w zimnie gdzie noc trwała długo, mogliśmy robić swetry. Żyliśmy tak aż do roku 1945, kiedy pewnego kwietniowego dnia przyszedł do nas milicjant. „Helena Buczyńska” – powiedział. Mamusia była przerażona, spojrzała na moją siostrę. Helena poszła z milicjantem i nie było jej godzinę, potem drugą. W końcu wróciła i mówi „ mamo, to ty masz iść”. Pożegnaliśmy się z mamą. Mama poszła i wróciła po półgodzinie. Okazało się, że przyszedł telegram od taty. Ojciec wrócił do Polski. Nasz kraj był wyzwolony. Ustanowiono Rząd Tymczasowy.

Mamusia miała brata, który był adwokatem. Po wojnie wezwali go by był doradcą w rządzie. Na zjeździe w Lublinie, namawiano wujka by przystąpił do partii, jednak on ciągle odmawiał. Był nie ugięty w swoich przekonaniach, i byłe jedyną osobą związaną z rządem, która nie należała do partii. Warszawa była cała zburzona. Tam nie został kamień na kamieniu. Wujek dowiedział się, że można już spróbować ściągnąć rodzinę do kraju. Wracamy do Polski.

Kiedy mieliśmy wyjeżdżać wzięliśmy tylko to co potrzebne, resztę zostawiliśmy pani Lindzie, u której mieszkaliśmy. Musieliśmy dostać się do Krybińska. Tylko jak pokonać te 75km? Tam była tylko kolej, a jak to się mówi Rosjanin lubi wódkę. Mama poszła prosić kierowcę by nas zabrał. „Wódkę masz? – zapytał. „Mam” – powiedziała mama. I tak ruszyliśmy w drogę. Na miejscu poszliśmy od razu na komendę odebrać dokumenty. Było na nich napisane: ważne miesiąc od dnia otrzymania telegramu. Trzeba było się spieszyć.

Dalej musieliśmy dostać się do Charkowa. Poszliśmy na peron, gdzie okazało się, że ostatni pociąg odjechał 30 min temu. Mieliśmy szczęście, bo na następny czekaliśmy tylko 3 dni. Do tego czasu trzeba było zatroszczyć się o bilety. Mamusia popruła mój sweterek i zaczęła robić na szydełku. Wydziergała śliczny berecik i szaliczek i dała je kasjerce. Mieliśmy miesiąc, żeby dostać się do Polski. Dni mijały, a my mieliśmy za sobą dopiero 75km. Kasjerka zadowolona z prezentu sprzedała nam trzy bilety. Dała nam też list, który prosiła przekazać swojemu narzeczonemu. Chłopak okazał się zawiadowcą na stacji, gdzie mieliśmy przesiadkę. Bardzo ucieszył się z listu od ukochanej. W podziękowaniu napisał list do swojego kolegi zawiadującego na kolejnym odcinku naszej trasy, żeby pomógł nam bezpiecznie dotrzeć na miejsce. I dzięki listom polecającym od kolejnych zawiadowców, 9 maja dotarliśmy do Charkowa.

W Charkowie o 1 nad ranem zawyły syreny. Koniec wojny. Trudno było w to uwierzyć. Ludzie płakali, padali sobie w ramiona. Czy Polak czy Rosjanin wszyscy się cieszyli. Z pomocą zawiadowcy dojechaliśmy bezpiecznie do Lwowa.. Już myśleliśmy że jesteśmy w domu, ale zaczęła się kolejna przygoda.

Siedzimy na stacji, przyjechaliśmy rano. Popołudniu miał być pociąg do Przemyśla. Mamusia poszła z siostrą trochę się rozejrzeć. Ja siedziałam na naszych pakunkach. Nagle podchodzi do mnie dwóch lotników rosyjskich. I mówią „diewuszka” to znaczy panienko czy będziesz tu siedzieć? „Jadę do Przemyśla” powiedziałam. A oni, że zostawią tu na chwile walizkę, no i poszli. Mamusia przyszła i mówię, że lotnicy zostawili walizeczkę. Dostałam bure od mamy, bo to nie wiadomo kto, co? A jednak się nam przydali…

Przyjechał pociąg. Na peronie było dużo ludzi i każdy jak tylko może, gdziekolwiek, byle wejść. Podchodzimy do wagonu, a on zamknięty. Mamusia szarpie. Ludzie wchodzą już na dachy a my nie możemy wejść. Nareszcie wychodzi z wagonu wyfryzowana Polka i mówi „Co się pani tak tarmosi?!” . A mamusia „Ja mam wagon numer 8” na co tamta, że to wagon dla matki z dzieckiem. Mama zła i zrezygnowana pyta „A co ja mam cielaki, też mam dzieci?”. Wyfryzowana nie dała się przekonać. To jest miejsce dla malutkich dzieci.

No i stoimy na peronie, pociąg ma już ruszać. Lotnicy, którzy siedzieli w wagonie wojskowym zobaczyli, że pociąg ma ruszać a my stoimy. Wyskoczyli przez okno. Zaczęli szybko wrzucać nasze pakunki. Pomogli nam wejść przez okno do wagonu. Siedzimy. Po jakimś czasie przyszedł konduktor i kazał pokazać dokumenty. Wojskowi kazali nam milczeć, powiedzieli, że wszystko załatwią. Pokazujemy dokumenty, a konduktor, że nieważne! Na co jeden z lotników „ Dała dokumenty to na pewno są ważne. Zabieraj się stąd, bo ja jestem wysoko postawionym wojskowym” (nie pamiętam jaki stopień wtedy podał). Konduktor wyszedł. Dzięki nim dotarliśmy na miejsce.

Wszyscy wysiedliśmy w Przemyślu. „Wy dalej do Jarosławia? – zapytał. Stąd to już niedaleko. Pomoglibyśmy wam jeszcze, ale rano musimy być w Gdańsku, a my tu, na drugim końcu Polski”. Pożegnaliśmy się. Pojechali dalej towarowym. Myślimy Przemyśl, to do Jarosławia furmanką dojedziemy. Ale żaden furman nie chciał nas zabrać, bo na trasie bandyci i lepiej pociągiem jechać. Pociąg 4 rano, gdzieś trzeba się zatrzymać, przespać. Mama poszła porozmawiać z zawiadowcą. Zaprowadził nas w jedno miejsce i kazał siedzieć cicho. I tak siedzieliśmy.

W pociągu mieliśmy zaszczyt jechać z wysoko postawionymi wojskowymi. Jeden z nich zapytał „A co, od Niemców uciekliście?”. Potwierdziliśmy ze strachu, żeby nas nie wywieźli znowu. Do Jarosławia wróciliśmy 13 maja. Popołudnie, niedziela. Zastanawiamy się jak znaleźć naszą rodzinę. Mamusia była w Jarosławiu bardzo dawno temu. Wiedziała, że musimy szukać rynku, bo tata dostał tam kawalerkę. Spotkaliśmy dwie kobiety i pytamy czy do rynku w dobrą stronę idziemy. Spojrzały na nas jakby diabła zobaczyły i poszły zaraz. Dopiero jakiś mężczyzna wskazał nam drogę. W mieszkaniu nie było nikogo poza kuzynką mamy. Nie rozpoznała nas w pierwszej chwili. Na tatę czekaliśmy na ławce pod kamienicą. Pierwszy zjawił się wujek, spojrzał na nas, ale i on nas nie rozpoznał. W końcu przyszedł tata.

Zbiegli się wszyscy taty znajomi. W końcu żona i dzieci wrócili z Rosji. Pytali jak było, jak dawaliśmy radę. I tak na opowiadaniu zeszło się do rana. Na drugi dzień ojciec poszedł do magistratu zamienić kawalerkę na coś większego, by pomieścić całą rodzinę. Przyznano nam mieszkanie, w którym mieszkam do dziś.

Po wojnie Pani Zofia, musiała nadrobić zaległości w edukacji, ponieważ na Syberii nie było szkół. W tym pomagał jej Ojciec. Po zakończeniu szkoły i zdaniu matury, rozpoczęła studia pedagogiczne i po kilku latach pracowała jako nauczyciel nauczania początkowego.

Dziś pani Zofia ma 82 lata. Nie cieszy się wspaniałym zdrowiem, wywózka odbiła się bardzo mocno na jej organizmie i od kilku lat choruje na rożne schorzenia, które jak twierdzą lekarze są spowodowane wydarzeniami z dzieciństwa.

Mimo wielu trudności i ciężkich chwil, które towarzyszyły Pani Zofii przez większość życia, uśmiech nie znika z jej twarzy. Zapytana co jest dla niej najważniejsze, odpowiada: „Najważniejsze to by umysł mieć sprawny, reszta jest nie ważna.”

 

Zgłoś błąd / sugestie

© IMiNS, 2016