Złamanie z przemieszczeniem to nic wielkiego

reportaż | autor: Rafał Jarzombkowski
praca napisana w ramach zajęć: formy i gatunki dziennikarskie
prowadzący: red Waldemar Pławski

Jedna regularnie przyjeżdżała w nocy na składaku tylko po to, by wykręcić żarówki. Druga zaś zbierała własny mocz do butelek by „nażyźnić”. Trzeci zrzucał z góry balony napełnione wodą. Bo go irytowało „że ktoś tam się kręci”. Życie w bloku nie jest łatwe. Życie poza nim tym bardziej. Ale swoje robić trzeba, bez względu na przeciwności.

Dzielnica Bielany w północnej części Warszawy

Złamanie z przemieszczeniem to nic wielkiegoNa pierwszy rzut oka przeważają szare i smutne bloki budowane z wielkiej płyty jeszcze za czasów Gierka. Zieleń? Jest kilka drzew, jakiś staw, parę ławek – nic specjalnego, nic co zwracałoby uwagę. Jednak jeden blok szczególnie rzuca się w oczy z wyglądu przypominając ogród botaniczny. A jest to dzieło jednego człowieka. I co najciekawsze – wypracowane przez lata niemalże wyłącznie własnym sumptem. Można by pomyśleć, że w dzisiejszych czasach których synonimem stała się pogoń za karierą i pieniędzmi nie ma już ludzi gotowych pracować w imię i dla dobra ogółu. Oczywiście przeprowadzić niewidomego po pasach czy wnieść zakupy starszej sąsiadce z bloku na trzecie piętro to nie żaden problem, jednak i w takich przypadkach czasem można się srogo zawieść ślepo licząc na ludzką bezinteresowność. Ciężko zaprzeczyć istnieniu wszelkich grup społeczno – sąsiedzkich, które organizują czas ludziom w podeszłym wieku. Wiadomo przecież – razem raźniej. Jednak zazwyczaj za takimi inicjatywami stoją czyjeś (w tym przypadku gminne) pieniądze. Trudno zatem sobie wyobrazić, by ktoś działał sam, od rana do wieczora, za własne pieniądze nie chcąc niczego w zamian.

A taki właśnie jest pan Andrzej

Złamanie z przemieszczeniem to nic wielkiegoRodowity warszawiak od pokoleń. Wyjątkowo wysoki, postawny, siwiejący mężczyzna na oko po sześćdziesiątce, z potężnym mięśniem piwnym, którego nie sposób nie zauważyć. Wiecznie uśmiechnięty, przyjaźnie nastawiony, sypiący żartami jak z rękawa. Ubrany bardzo skromnie i zdecydowanie niemodnie. Krótkie jeansowe spodenki z naszytą flagą Kanady na tylnej kieszeni. Koszulka bez ramion w kolorze niebieskim uszyta z niebieskiej, dziurkowanej siateczki rodem z końca lat osiemdziesiątych. Podczas takiej pracy łatwo się ubrudzić, łatwo rozerwać i zaplamić. Nie ma miejsca na zastanawianie się czy ładnie, czy nie. Pierwszy kontakt z nim i sprawa jest jasna: tego człowieka nie da się nie lubić. „Mów mi Andrzej – co będziemy sobie panować, nie?” Po czym na jego twarzy pojawia się uśmiech od ucha do ucha, przypominający kształtem monstrualnego banana. Okazuje się, co nie jest trudno przewidzieć, że Andrzej jest na emeryturze. „Życie emeryta w tym kraju nie ani łatwe, ani ciekawe. No bo to przez parę miesięcy jest słońce i aż się żyć chce, a pozostała część roku to tylko brud, syf i malaria. Nic tylko przed telewizorem siedzieć.” Na chwilę uśmiech znika z jego twarzy a jej wyraz nabiera poważnych rys. Tak jakby podejmował jakąś ważną, życiową decyzję. Nie trwa to jednak długo. „Dlatego postanowiłem założyć ogródek.”. Nagle jak za dotknięciem magicznej różdżki wszystko wraca do normy – jest szczery uśmiech i delikatna próba spoufalenia się, tak jakby historia powstania „ogródka” była wyjątkową tajemnicą. „Bo widzisz, ja zacząłem budować jak jeszcze pracowałem na etat, zaraz po tym jak się tutaj z rodziną wprowadziłem, będzie już ze 20 lat.” Okazuje się, że grunt pod tę osobliwą działalność wydzierżawiony został od administracji osiedla. Na pytanie skąd taka olbrzymia przestrzeń (bo to poważnie ponad 1000 m 2) na osiedlu gdzie praktycznie blok na bloku, Andrzej odpowiada z niesamowitą werwą, tak jakby dostał przed chwilą solidny zastrzyk adrenaliny: „Kochany, jakie tu o to walki były! Chodziłem z listą po sąsiadach a ludzie nie wiedząc czemu sceptycznie na to patrzyli. Rok trwało zanim wszystko legalnie formalnie zakończyłem. Na szczęście wykształcenie prawnicze mam. Widzisz jaki ten los pokręcony: z wykształcenia prawnik, z zawodu plastyk, a skończyłem na ogródku. Nic tylko sobie tutaj trumnę zbudować.” – mówiąc to nie ukrywa swojego zadowolenia i kwituje całą sytuację gromkim śmiechem. Widać że jest dumny ze swojej pracy. Teren ogrodził razem z synem. Metalową siatkę dostał od brata który handlował materiałami budowlanymi. Nikt z sąsiadów nie zaoferował pomocy. Tylko dziwnie z balkonów patrzyli. A że blok wysoki, dwunastopiętrowy punktowiec, to gapiów było sporo. Początki, jak to początki – były trudne. A to brak solidnej łopaty, a to brak ziemi do sadzonek, a to znowu brak samych sadzonek. Często syn z Podlasia na lubelszczyźnie przywoził. Babcia jego dziewczyny ze swojego pola wykopywała. Czasem sąsiad z parteru podarował jakąś ze swojej działki. Najbliżej miał i widział ile serca i czasu zostało poświęcone tym kilku krzakom. A Andrzej każdą ofiarowaną mu sztukę traktował ze szczególną pieczołowitością. Kiedy w lecie noce bywały gorące i trudno było zasnąć potrafił zejść na dół doglądać roślinki nawet i o 3 rano: „Bo o nie trzeba dbać! Taki dąb przykładowo to w zimę owijałem specjalną folią piankową by mi nie przemarzł. A teraz? Proszę! Wyższy ode mnie!”. Do tej pory kręci się niespokojnie po mieszkaniu: „Żałuję, że na cztery strony okien nie mam, bo tak to wszystko by było pod kontrolą.”. Ponownie – głośny, szczery śmiech, nic nienaturalnego. A praca na „ogródku” to robota na pełen etat. Czy to zima, czy to lato – o „swoje” trzeba dbać. Lato jest najprzyjemniejsze, bo można cały dzień spędzić na koszeniu i podlewaniu, byle by tylko na chwilę skoczyć na górę coś zjeść i z toalety skorzystać. A tak to od rana do wieczora prace ogrodowe. Można także i zaczerpnąć odrobiny przyjemności: „Mam tam w krzakach schowany taki stary materac. Jak się zmęczę już bo zdrowie nie to co kiedyś, to go sobie rozkładam i się opalam. Krzyżówki, radio, coś do picia – czego więcej chcieć? Latem krzaki bardzo gęste są: mam upatrzone takie miejsce pod jabłonką i nikt mnie z góry nie widzi.” – po raz kolejny da się dostrzec błysk w jego oczach. Andrzej wie co i jak by sąsiedzi go nie zauważyli.

Zdarzały się bowiem sytuacje nieprzyjemne

Ludzie z czystej zawiści rzucali kłody pod nogi. Były kradzieże, były dewastacje. Andrzej często bywał obiektem kpin sąsiadów. Żadnemu społecznikowi nie jest łatwo, gdy mieszkańcy z niejasnych przyczyn nastawieni są negatywnie. Negatywnie to zresztą mało powiedziane: „Jeden z sąsiadów, który mieszkał tam, u góry, na jedenastym piętrze to kawał skurczybyka był. Jak pracowałem na dole to we mnie balonami z wodą rzucał, wyobrażasz sobie? Całe szczęście dawno już się wyprowadził. Na początku nie wiedziałem który to. Ale się dowiedziałem. Okazało się że rzucał, bo mu się nie podobało że tam się ktoś kręci przy bloku. Nóż się w kieszeni otwiera i ziemniaki w piwnicy kły wypuszczają.” – nie kryje swojego oburzenia. Na szczęście to był wyjątek. Ludzie mimo iż patrzyli spode łba, to agresywne zachowania policzyć można na palcach jednej ręki. Głównie to pijana młodzież siedząca na okolicznych ławeczkach za płotem. Nie były wyjątkiem groźby pod jego adresem gdy prosił o nie wrzucanie do „ogródka” pustych puszek po piwie. Prośby zdały się na nic. Mimo iż postura Andrzeja budzi respekt i szybko dałby sobie z takimi radę, to jest on człowiekiem wyjątkowo spokojnym. Rzec się chce – bezkonfliktowym. Więc chodzi i zbiera te puszki i butelki. Ale nie lądują one do śmietnika. Andrzej ma specjalny worek – regularnie, co tydzień ofiaruje jego zawartość bezdomnemu tułającemu się po osiedlu: „Dobry to człowiek – widać że mu się zwyczajnie w życiu popierdoliło i wylądował na bruku. Nie pije, nie ćpa: z gęby widać że porządny jest. Jakbym miał nie pomóc?” – nie ulega wątpliwości, że mimo aparycji cyrkowego giganta Andrzej ma gołębie serce. Lecz nie każdy jest skłonny przyjść z pomocą tak jak on. I nie chodzi o obdarowywanie, a o zwykłą, ludzką empatię.

Były bowiem czasy

kiedy sąsiedzi empatią Andrzeja nie darzyli. Przekonał się o tym pewnego „pechowego dnia” jak sam to określa. Pogoda świeżo po deszczu, więc ślisko. A on akurat jadąc na rowerze wracał z sadzonkami bratków z pobliskiego targowiska przy ulicy Wolumen. Andrzej sprawia wrażenie osoby, która jak zacznie coś robić, to doprowadza to do końca. Bratki nie mogły być zatem wyjątkiem: kupione, znaczy posadzone. Widocznie perspektywa rychłej pracy w „ogródku” niefortunnie przysłoniła jego uwagę – tuż pod blokiem Andrzej przewrócił się na rowerze. Jedyną reakcją przechodzących obok sąsiadek było rzucone od niechcenia „dzień dobry”. Nie przystanęły, nie próbowały podnieść, nie odwróciły się zmierzając w kierunku świeżo wyremontowanej klatki. Klatki, którą Andrzej razem z sąsiadem z parteru nie tak dawno temu malowali własnymi pędzlami – o farbę trzeba było prosić administrację. Następstwo tego wypadku nie było łaskawe w skutkach: „Prawa ręka zwisała mi jakieś dziesięć centymetrów za zgięciem nadgarstka, ale nic nie bolało. W moim wieku to już ludzie słabe kości mają, łatwo o takie. Pomyślałem sobie – to nic takiego. Na drugi dzień jednak ręka spuchła do rozmiaru salcesonu, więc pojechałem do szpitala. Tam mi w gips pakują – myślę jak ja tu będę na „ogródku” pracował? Ale jakoś dało radę, jednak lekarze krzywo mi złożyli i tak to teraz wygląda.” – pokazuje rękę z uśmiechem dziecka, które dostało czerwony pasek na świadectwie szkolnym. Ręka wygląda, mówiąc delikatnie, dziwnie. To tak, jakby ktoś miał dwa nadgarstki w jednej ręce. Zegarek żałośnie zwisa na tym przegubie. Jemu zdaje się to jednak ani trochę nie przeszkadzać. Ważne że ma nadal mocny chwyt – wygląd się nie liczy. Widać że jest to człowiek, dla którego drobiazgi się nie liczą. Jak sam mówi – nie musi się już podobać: „Bliżej mi do końca niż dalej, nie mam czasu na takie pierdoły. Mówili mi doktorzy, że trzeba jeszcze raz złamać i na nowo poskładać. Ale gips na minimum 4 tygodnie. Wrócę do nich przy następnym złamaniu.” – skwitowanie sytuacji w ten sposób sprawia mu bardzo dużo radości.

Czy to zdarzenie powstrzymało go

od dalszych działań na rzecz „ogródka”? Nie. Wręcz przeciwnie. Paradoksalnie dodało mu siły i wiarzy w siebie. Przeszedł na wcześniejszą emeryturę i zaczął cały swój czas poświęcać pielęgnacji zasadzonych roślin. Mimo złamania ręki i kilkukrotnych operacji nóg. Zdrowie stracił pracując za młodu w Szwecji. Montowanie maszyn wesołego miasteczka na kolanach. Praca parszywa, w okropnym mrozie, ale doskonale płatna. Wtedy nie było czasu by myśleć co będzie za 40 lat. Gdyby nie to, to nic by nie odłożył na starość. A tak ma. I może dbać o „swój ogródek”. Ma za co kupić rośliny, sadzonki, kwiaty i narzędzia. Nikogo nie będzie się prosił. Ale przecież gdzieś to trzeba trzymać. Bo do tej pory wszystko było przykrywane starą, brezentową płachtą i chowane pod balkon sąsiada z parteru. Bo przecież łopaty na deszczu rdzewieją, zaś węże ogrodnicze parcieją na słońcu. Nikogo normalnie zarabiającego nie stać w tym kraju na zakup nowych narzędzi co miesiąc. Postanowił się wziąć sprawy w swoje ręce. W porozumieniu z gospodarzem domu Andrzej zaanektował zsyp budynku. Sprzątania było co niemiara. Cały tydzień, wszystkie popołudnia po pracy. Za zgodą administracji na terenie „ogródka” powstał oddzielny budynek na śmieci. Z prawdziwego zdarzenia, murowany, z blaszanym daszkiem. Każdy lokator budynku dostał oddzielny klucz do kraty śmietnika. Wszyscy zadowoleni, bo przestało śmierdzieć na klatce: „Pierwszy taki zewnętrzny śmietnik na całym osiedlu Wawrzyszew!” – słowa te zostały wręcz wykrzyczane, z dumą, z podniesioną głową. Mówiąc o tym z delikatnym przekąsem, Andrzej ani na chwilę nie przestaje żartować. Zsyp wewnątrz budynku jest bardzo duży. Bez problemu wjechały by tam dwa samochody osobowe. To daje mu pole do popisu. A i administracja zaczyna doceniać jego zaangażowanie. Znajdują się więc w budżecie gminy fundusze na kosiarkę, piły, dodatkowe węże ogrodnicze. Wreszcie Andrzej może uporządkować wszystkie narzędzia. Łopaty tutaj, farby tam a tutaj węże. Półki buduje sam. Jakiś sąsiad oddaje stary regał – idealny na worki z ziemią. Nawet wiadra i szczotki się pomieszczą. A jest co układać i porządkować. Przez lata liczba narzędzi i akcesoriów wzrosła na tyle, że nie pogardziłby nimi niejeden profesjonalny ogrodnik.

Powoli nastawienie sąsiadów z bloku zaczyna się zmieniać

lecz nie od razu Rzym zbudowano. Nawet po tym wydarzeniu było kilka niemiłych sytuacji. Ludzie potrafili bez powodu łamać gałęzie drzew będące najbliżej płotu. Śmieci wyrzucane przez okna nadal były na porządku dziennym. Papierosy i paczki po nich. Butelki, resztki jedzenia. A nawet osobiste przybory higieniczne jak waciki, tampony czy podpaski. Na nic zdawały się pisemne apele wywieszane na tablicy ogłoszeń budynku. Ale to takie, wydawałoby się, „oczywiste”. W „ogródku” miały miejsce i sytuacje niecodzienne, wręcz niezwykłe. Takie jak historia obumierających krzewów.

Z niewiadomego powodu

Złamanie z przemieszczeniem to nic wielkiegorokitniki rosnące przy wejściu do bloku zaczęły usychać. Mimo odpowiedniego nawożenia i częstego podlewania. Sytuacja była zagadkowa – wszystkie inne rośliny wokół trzymały się świetnie. Szybko okazało się co było przyczyną: „Mieszka tu taka jedna co już chyba ze sto lat ma. Nerwowa, sztuczna mimika, ledwo się rusza, ale z pieskiem to 6 razy dziennie na spacer wychodzi. Ja Ci patrzę, a ona pod rokitnik coś z takiej małej butelki po coli wylewa. Od razu skojarzyłem! Biorę ja Ci ziemię do ręki i aż mnie odrzuciło! Szczyny jak nic! Całe szczęście, że z dorosłą córką mieszka, to jej powiedziałem co ona wyprawia. Dorwałem ją następnego dnia i się pytam >co ty mi tu kobieto drzewa niszczysz?< a ona na to, że >użyźniam<. No myślałem że padnę! Później od jej córki się dowiedziałem że ona już schorowana mocno i nie do końca kontaktuje co i jak. Aha i jeszcze że rokitników nie lubi.” – swoje oburzenie niezliczony już raz zamienia w salwę śmiechu. Równie dużo radości przysparza opowieść Andrzeja o kobiecie jeżdżącej na rowerze. Jeździła nocą i wykręcała żarówki. A to z klatki schodowej, a to z oświetlenia „ogródka”. Regularnie, raz na tydzień. Andrzej postanowił którejś nocy się na nią zaczaić, ale przysnęło mu się podczas warty i w efekcie zobaczył jedynie pośpiesznie oddalającą się postać w prochowcu. Na rowerze marki Romet. Smak porażki dał mu się we znaki: „Wystawiłem za nią list gończy i powiesiłem na tablicy ogłoszeń wewnątrz budynku” – powiedział, wyciągając zniszczoną już kartkę formatu A4 i prezentując mi ze łzami w oczach. Ze śmiechu bowiem zaczął aż płakać. Ten człowiek zdecydowanie nie lubi się nudzić i do wszystkiego podchodzi z humorem.

Dopiero po 18 latach

pracy społecznej Andrzejowi udało się przekonać ludzi: zarówno do siebie, jak i do swojej życiowej pasji. Czasem udaje się zebrać w wolny weekend grupkę kilkunastu osób. Razem wyrywają chwasty, pielą, wkopują nowe sadzonki. Pojawiły się kwiaty jednoroczne, drzewa owocowe. Nawet oczko wodne zyskało lokatora – gipsowy aligator z rozdziawioną paszczą. „Sam malowałem farbą, która została po renowacji dachu śmietnika.” – po raz kolejny zmarszczki na jego twarzy pogłębiają się na skutek szerokiego uśmiechu. Na pytanie co dalej odpowiedź jest błyskawiczna: „Już zaczęliśmy pracę przy sąsiednich blokach. Są już ogrodzone, mają nawet małe bramki wjazdowe.” – opowiada z zapałem. Na jego twarzy pojawia się niespodziewanie głęboki smutek: „Syn dawno się wyprowadził. Teraz to już rzadko bywa. Nie jest zainteresowany przejęciem ogródka, a przecież może to przynosić profity jak się dobrze wykombinuje, prawda? Mógłby tutaj pracować, kontynuować moje dzieło… Jednak dla mnie wszystko stracone…”. Po raz pierwszy z jego strony widać wymuszony uśmiech. Na jego twarzy maluje się zakłopotanie.

 

Zgłoś błąd / sugestie

© IMiNS, 2016