Rosja to stan umysłu

reportaż | autor: Anita Tomasik
praca napisana w ramach zajęć: formy i gatunki dziennikarskie
prowadzący: red Waldemar Pławski

SLA – stwardnienie zanikowe boczne, choroba obwodowego układu nerwowego; objawia się paraliżem jednej strony ciała. Początkowo drętwieją kończyny, zanikają mięśni pojawić się może tylko w mięśniach nóg i zaatakować tylko jedną stronę, a dopiero później w trakcie rozwoju choroby rozszerzyć na drugą stronę. Są również chorzy, u których pierwszym objawem jest osłabienie mięśni aparatu mowy, żuchwy i przełyku. Najczęściej towarzyszy temu depresja i brak chęci do życia. Nie leczone prowadzi do braku władzy kończyn i wycieńczeniem mózgu. Potwierdzono już, że przyczyny SLA nie są znane i dotychczas nie ma żadnej metody leczenia, która prowadziłaby do wyleczenia. W ciągu ostatniego roku dotknęła mnie ta choroba, można by rzec, że sama się o nią postarałam.

Dzieciństwo u boku szefa

Najwcześniejsze lata jakie mogę sobie przypomnieć to okres niemowlęctwa. Krągła blondyneczka z loczkami, pełnymi ustami składającymi się w kształt serduszka i ubranej zawsze w kolorowe rajstopki i księżniczkowe sukienki. Dzieciństwo trwało beztrosko. Tata wyjeżdżał do pracy, gdy jeszcze spałam, mama z dziadkami zostawali ze mną w domu. Bawiąc się na dworze często ubierałam jego zieloną spiczastą czapkę i udawałam, że pracuje tak jak on kładąc się na kocu i strzelając przeraźliwie ciężka i długą strzelbą – jak się później dowiedziałam była to wiatrówka dziadka.

Od pewnego czasu tata zostawał w domu coraz częściej to powodowało we mnie wielkie szczęście, cała rodzina była przy mnie. Jednocześnie na naszym podwórku rozpoczęła się jakaś wielka budowa. Tam gdzie zawsze znajdował się kojec naszego psa kilku panów układało wielkie białe cegły. Budynek rósł ku górze z dnia na dzień. Miałam wtedy przeszło pięć, sześć lat. W ciągu lata powstał budynek produkcyjny. Od tego czasu na naszym podwórku zrobiło się głośno i przechodziło tamtędy mnóstwo osób. Rodzice zatrudniali około dwudziestu osób. Na dole tego budynku kilka pań w kolorowych fartuchach szyło na maszynach. Jeden pan ciął materiał, jeszcze inny wnosił bele z materiałem i zabierał już popakowane i obrandowane (na każdym tzw. „kubełku” była przyklejona złota gwiazda z napisem ”100%” TEC) pokrowce samochodowe, które później układał skrzętnie w swoim busie, po czym odjeżdżał i wracał dopiero na drugi dzień. Pracowała też pani Agnieszka, która przez większość dnia rozmawiała przez telefon.

Mimo że w budynku przeważnie było zimno i głośno, lubiłam tam przebywać. Chowałam się pod stołem z kolorowymi, podkradzionymi z blatu stołu mydłami do zaznaczania materiału. Były trójkątne i takie mocno kolorowe! Miałam każdą z czterech potrzebnych barw do malowania słonka, drzewa i rzeczki. Gdy przyszła zima pamiętam, że musiałam zakładać ogromne rękawice, które nierzadko mi spadały. Pomagałam rodzicom pakować pokrowce do samochodu. Było bardzo ciemno i późno, na tyle, że jak wracaliśmy już do domu, odruchowo włączałam telewizor by obejrzeć bajkę, widziałam tylko prężące się nagie panie. Często rodzice nie pozwalali mi jechać z nimi, ale niekiedy się to udawało. Jeździliśmy z pokrowcami, wycieraczkami i kołpakami na giełdę do Słomczyna. Zawsze chciałam mieć swój udział, więc mama zabierała dla mnie i pomagała mi rozstawić swój stolik, na którym układałam skrobaczki do szyb. One także były bardzo mocno nasycone kolorami, począwszy od jaskrawej żółci poprzez zielony do różowego i pomarańczowego. Nie pamiętam jak dużo udawało mi się sprzedać, ale wiele osób podchodziło do mnie i pytało o cenę, a ja pewnym siebie głosem odpowiadałam „małe po trzy, a duże po pięć złotych”.

Na giełdę wyjeżdżaliśmy coraz rzadziej, za to na nasze podwórze przyjeżdżało coraz to więcej i większych aut. Moim ulubionym odbiorcą towaru był Sasza z żoną Claudią. Sasza był wysokim panem z brzuszkiem i glacą a Klaudia rudą zawsze uśmiechniętą panią, która częstowała mnie ciastkami podobnymi w smaku do krakersów, ale bardziej twardymi i na aromatyzowanymi rożnymi ziołami. Rosjan na naszym podwórku było „mnogo”, nie mówili za dobrze po polsku, więc chcąc zabrać głoś w towarzystwie pytałam tatę, jak powiedzieć to, co mam na myśli. On mówił biegle. Moja mama z babcią dbały o to by każdy dobrze spał, a dziadek zawsze obok siebie miał samogona, którego nikt nie raczył odmówić.

Po jakimś czasie narodził się mój brat. Przyjaźń z Rosjanami była na tyle zażyła, że wyjeżdżaliśmy na wspólne wakacje i święta. Dwie rodziny, z którymi mieliśmy najbliższy kontakt posiadały dzieci w podobnym wieku. Anastasia, na którą wołałam „Nastia” była córką Olka – Aleksandra. Dziewczynka młodsza ode mnie około dwa lata, o brązowych dużych oczach i ciemnych włosach. Była też druga dziewczynka, dużo młodsza ode mnie, zabawiana przez mojego brata, Ola. Trzyletnia blondynka z lekko krągłą buzią i małymi ustkami. Witalik był dumny ze swojej małej Oli. Imienia jego żony nie pamiętam, ale miała tak samo duże błękitne oczy jak ich pociecha.

Każdy sylwester był spędzany w górach, a lato nad morzem. Grupa dziecięciu osób stanowiła zgraną paczkę. Ktoś kiedyś powiedział, że Rosja to stan umysłu. Będąc nad Bałtykiem, jak dziś pamiętam, że żaden z mężczyzn nie przepuścił okazji by zawiesić oko na pięknych żonach rosyjskich biznesmenów ubranych w skąpe stroje kąpielowe – takie o których do dziś Polska nawet słyszała. Jednoczęściowy z odkrytym na ukos brzuchem zdobił ciało blondynki i dwuczęściowy z falbankami w kolorze głębokiej czerni okalał szatynkę.Oba oczywiście w wersji string.

Solidne bankructwo

Tamte lata były dla mojej rodziny dosyć ”tłuste”. Mogliśmy sobie pozwolić na kupno markowych ubrań. Najczęściej odwiedzanym sklepem był Adidas. Do dziś tata ubiera się w te rzeczy. Nie da się wykryć dużych śladów użytkowania. Przemawia za nimi jakość marki. Pewnego dnia tata z mamą przyjechali do domu bardzo smutni, przywiózł ich z Warszawy nasz sąsiad. Okazało się, że skradziono nam ciemnozielonego lexusa spod modnego wtedy hipermarketu Geant.

Za jakiś czas spotkało nas kolejne nieszczęście. Oleg i Witalik wioząc nam pieniądze za towar mieli wypadek. Podczas manewru wyprzedzania z bocznej ulicy wyjechała im ciężarówka. Samochód w momencie uderzenia dostał samozapłonu, obaj zginęli na miejscu, a pieniądze w spalonej skórzanej walizce, z którą zawsze jeździli skonfiskowała policja. Od tego czasu zaczęło się nasze bankructwo.

Szukając rozwiązania tata łączył swoje hobby z zarabianiem pieniędzy i wychodzeniem z długów. Zaczął sprowadzać samochody od polskich sąsiadów. Firma TEC przeistoczyła się w Import – Export. Kupił Toyotę Dynę 100, którą nasz znajomy przerobił na samochód dostawczy z wysuwanym najazdem. Był to okres, gdy jeszcze byłam w przedszkolu, jeszcze ponieważ mogłam już pójść do szkoły, ale odrabiałam jeden rok który umknął, gdy poszłam jako trzyletnie dziecko do grupy czterolatków. Oczywiście kiblowałam w grupie sześciolatków. Wraz z pójściem do szkoły mocno zaczął się we mnie rozwijać słuch i zdolności muzyczne. Każde boże narodzenie było przygrywane kolendami na flecie, pianinie czy akordeonie. Katolickie lokalne konkursy w okresie poświątecznym były dla mnie czymś, bez czego nie wyobrażałam sobie kolejnego roku. Na każdych zdobywałam wyróżnienie.

W szkole lepsze towarzystwo widziałam w kolegach niż koleżankach. Co piątek chodziliśmy pokopać piłkę, upodobałam sobie pozycję bramkarza. Zaczęły mi rosnąć duże mięśnie łydek. Na szkolnych zajęciach wychowania fizycznego to ja robiłam rozgrzewki, to ja wygrywałam szkolne zawody. Mało równych dziewczyn sobie miałam. Z kolegami byłam na tyle zgrana, że siłowaliśmy się na rękę. Póki oni nie zaczęli dorastać nikt nie był wstanie mnie „położyć”. W tamtym okresie nie ubierałam się tak jak wcześniej, chodziłam w spodniach, zakładałam coraz to szersze, coraz bardziej męskie. Większość ubrań kupowałam z mamą w Siedleckich Second handach. Chodziłyśmy tam po jej pracy. Zajmowała się wtedy udzielaniem kredytów. Rodzice otworzyli pierwsze z nielicznych biur w okolicy. Ładnie nazywało się to „Kancelaria Finansowa”. Biuro to funkcjonuje po dziś dzień. Jego pozycja na rynku rosła znacznie i szybko, liczba biur i pracowników również wzrastała. Otwarto biuro w Warszawie, Legionowie i Pruszkowie. Tata również zaangażował się w ten biznes, jednocześnie coraz wyjeżdżając po samochody. Powoli odbijaliśmy się od dna. Choć nierzadko podróże zagraniczne przysparzały mu wiele zmartwień i kłopotów finansowych. Pamiętam jak jednego dnia przyszedł do mnie do pokoju i poprosił mnie o moją skarbonkę. Musiał mieć pieniądze na paliwo, żeby zawieść auto na giełdę. Tym ryzykował, albo sprzeda, albo nie będzie ani grosza w domu. Niejednokrotnie zabierał mnie ze sobą. Pilnowałam taty by nie zasnął za kierownicą. Nasz duet komponował wybuchową mieszankę i powodował że każdy wyjazd przeradzał się w przygodę.

Pewnego razu odpadło nam lewe tylne koło w samochodzie, na tyle, że urwał się razem z nim bęben mocujący. Na autostradzie mały samochód dostawczy zaczął ciągnąć za sobą strumień rdzawych iskier. Wśród dużych kilkudziesięciotonowych ciężarówek rozległ się pisk zaciąganych hamulców. Z drugiego pasa trzeba było zjechać na pobocze przez jeszcze jeden prawy pas. Kierowcy ciężarówek przeprawieni po niejednej prawdopodobnie podobnej sytuacji wiedzieli co robić. Otoczyli nasz samochód i zatamowali przejazd dopóty nie udało nam się zjechać na pobocze. Części, która odpadła nieudało się znaleźć, nawet w gęstych plonach kukurydzy. Dodatkowo padał deszcz, po ośmiu godzinach jazdy, oboje byliśmy już głodni. Gdy tata cały mokry szukał nadal koła, ja otworzyłam zupkę fix i zaczęłam jeść suchy makaron nie mogąc się doczekać, gdy on przyjdzie. Wyszłam z samochodu po tatę, ja też już byłam cala mokra, deszcz był tak silny i duży, że bolał, gdy stykał się ze skórą. Panowie z ciężarówek coraz naciskali sygnał dźwiękowy, który był tak donośny jak fanfary, dziwiąc się, co dziecko robi samo na autostradzie. W końcu zadzwoniliśmy po pomoc drogową, po jakiś dwóch godzinach przyjechała i odtransportowała nas do hotelu. Od tego czasu wszędzie poruszaliśmy się pieszo. Do Polski wróciliśmy „na stopa”, do Warszawy z Wrocławia samolotem, a zepsute auto zostało na parkingu hotelowym, czekając aż któryś ze znajomych przewoźników zabierze go na naprawę do naszego kraju.

Cztery lata

Rodziców coraz częściej i na dłużej nie było w domu, brakowało mi najbardziej taty, wspólnych wyjazdów. W gimnazjum widziałam się z nim tylko, gdy odwoził mnie i brata do szkoły. W tym okresie – samowolki – wstąpiłam w burzliwy związek, który na szczęście zakończył się po roku. Wmawiając sobie, że jest to idealny mężczyzna dla mnie i tylko ten jedyny, dawałam się wykorzystywać wbrew woli, a gdy się sprzeciwiałam, mocno obrywałam z męskiej ręki. Znajomi widzieli mnie z sińcami i krwiakami. Zaczęłam się bać. Jednak nie wszystko w tej sytuacji było takie złe. Dzięki niemu poznałam prawdziwą religię, zmieniłam wyznanie i nabyłam drogocenne znajomości, które to pomogły mi się uwolnić z chorego związku. Wstępując w dorosłość stosunki z rodzicami wracały na właściwe tory. Dzięki studium Pisma Świętego zrozumiałam, jak ważna jest wymiana myśli w rodzinie i jak bardzo jej u nas brakowało przez tych kilka lat. W tym okresie weszłam także w nowy związek, który wiele osób nazywało błogosławieństwem, rokuje on sierpniowym weselem. Relacje z tatą poprawiły się na tyle, że codziennie rano wstawaliśmy i uprawialiśmy jogging, szliśmy po pieczywo, później następował prysznic i wyruszałam do szkoły.

Szpital za szpitalem

W klasie maturalnej zaczęłam gorzej się czuć, nie był to efekt stresu, a rzeczywiste osłabienie organizmu. Podczas wyjazdu w góry upadłam na snowboardzie na lód, od tego czasu co dzień okropnie bolała mnie głowa, udałam się z tym do neurologa, który skierował mnie do szpitala z podejrzeniem krwiaka w mózgu. Robiono mi kompleksowe badania, włącznie z rezonansem magnetycznym. Gdy się na niego udawałam, w karetce znajdowała się emerytowana lekarka, która była bardzo ciekawa, co komu dolega. Opowiedziałam jej o swoich dolegliwościach. Ból głowy, łzawienie oczu, ciągłe niewysypianie się i bardzo duże otępienie z utratą świadomości i pamięci. Poradziła mi, żebym zapytała, czy pobrano mi krew w kierunku boreliozy. Na następny dzień, zabieg ten wykonała jedna z pielęgniarek. W końcu lekarz przyszedł z wynikami badania rezonansowego. Widać na nim było ośmiomilimetrową torbiel na szyszynce. Lekarz powiedział „szyszynka jest bardzo głęboko, możemy zrobić trepanacje, ale to ryzykowne”. Wychodzę z założenia, że jeśli grozi mi jutro śmierć, wtedy godzę się na cięcie nożem, w innym wypadku, absolutnie. Rodzice, a w szczególności tata był zszokowany. Mi chciało się płakać jak mu przekazywałam tą wiadomość. Jak zwykle usłyszałam „nie przejmuj się, damy radę”. Po wyjściu ze szpitala wróciłam do szkoły, czekając na wyniki z badania krwi. W końcu przyszły. Wynik pozytywny ze skierowaniem do szpitala na miesięczną kurację antybiotykową. Okazało się, że gdy kilka lat wcześniej pomagałam swojemu wyidealizowanemu chłopcu zbierać liście jagody do bukietów, złapałam kleszcza. Pamiętam to był mój pierwszy kleszcz. To była borelioza. Nie pozostało mi nic innego jak udać się do szpitala i się położyć na cały miesiąc, tuż przed maturą, bo był to kwiecień. Miałam dwa tygodnie, by zaliczyć wszystkie przedmioty i ukończyć semestr w trybie ekspresowym. Nauczyciele dowiedziawszy się o moim problemie szli mi na rękę i z marszu mogłam odpowiadać i pisać sprawdziany. W szpitalu nie byłam w stanie się uczyć, pamięć mnie ciągle zawodziła. Robiono mi jeszcze badania. Dokładnie zabieg punkcji, na który trzeba było wyrazić zgodę. Drugi raz na coś takiego w swoim życiu się nie zgodzę. Sam zabieg nie był aż tak bolesny, ale to co się po nim działo… Nikt nie uprzedził mnie, że nie wolno podnosić głowy przez najbliższą dobę. Dostałam zespołu popunkcyjnego. Gorszego bólu nie znam. Ognisty szum w głowie i uszach przy wstawaniu, odruchy wymiotne i ciemność przed oczami – to było coś okropnego. Nie było możliwe, żebym doszła do łazienki, którą de facto miałam w swojej sali.

Przyszedł czas egzaminów maturalnych. Jak się później okazało, wszystko poszło mi świetnie. Ukończyłam szkołę z bardzo dobrymi wynikami, mimo tylu przejść. Jednak moje kłopoty ze zdrowiem po przyjęciu antybiotyku wcale nie szły ku polepszeniu. Tata zaczął szukać pomocy na moją torbiel szyszynki. Pierwszym lekiem okazał się „cudowny” sok Noni, którego premiera w Polsce dopiero miała nastąpić. Byliśmy na tej wielkiej komercyjnej konferencji. Sok sam w sobie dodawał dużo energii i zapału. Miał podobne działanie do morfiny, gdy już złapał mnie ból. Dziś niestety firma zyskała na tyle dużą popularność, że sok, który piłam kilka lat temu, a ten dziś dużo się od siebie różnią. Głównie jest rozcieńczony za co daje mu wielki minus.

Przełomowe odkrycia

Tata ciągle szukał, czytał fachową literaturę. W końcu natrafił na skandaliczne informacje, które miały miejsce dość dawno. Odnalazł wiadomości o tym jak w latach drugiej wojny światowej skonstruowano maszynę, która leczyła raka w ciągu kilku minut. Nazywała się maszyną Rifa od nazwiska wynalazcy. Bardzo niewiele jest informacji na ten temat, ponieważ miał on swoich przeciwników, którzy zniszczyli jego laboratorium a jego wraz ze współpracownikami zabito. Tata nie przestawał szukać. Koniec końców natrafił na instytut medycyny niekonwencjonalnej mieszczący się w Rosji o podobnym działaniu do maszyny Rife. Dzięki znajomości języka szybko zapisał się na szkolenie, które co ciekawe odbywało się tylko co kilka lat. To było wielkie szczęście. Przyszedł czas, gdy na dłużej wyjechał do Moskwy by się uczyć. Wrócił z nową wiedzą, ze świadomością o nowych rozwiązaniach w medycynie, o tym, że chemia to nie wszystko. Niedługo po tym otworzył swój gabinet medycyny energoinformacyjnej. Przez pół roku pracował sam. Zdobywał coraz więcej pacjentów, więc potrzebował pomocy. Dołączyłam do niego jako pomoc. Do dziś się przy nim uczę wykonując terapie. Pacjenci mają niesamowite rezultaty. Niektóre zabiegi wykonywane przeze mnie są niebezpieczne. Właśnie tak zaraziłam się SM, czyli stwardnieniem rozsianym, a dokładnie SLA, jak było wspomniane na wstępie, stwardnieniem bocznym zanikowym. Pracując chromosomantyką, informacje z chorych pacjentów, inaczej – chorobę zapisywałam sobie na DNA. Nieświadoma niczego pomogłam w taki sposób około 50 osobom. Z każdej z nich coś zostawało we mnie. Albo depresja, albo agresja, bóle stawów, miednicy, był też moment, gdy obudziłam się rano i nie widziałam na jedno oko. Posiłkując się wiedzą starszych Rosjan, dowiedzieliśmy się, że takie postępowanie było głupie bez uprzedniego przygotowania. Oczywiście pomogłam sobie równie dobrze jak i pacjentom i wszystkie dolegliwości ustępowały tak szybko jak przyszły. Dziś już solidnie się zabezpieczam.

Córeczka tatusia

Dopiero po tylu latach rozumiem jak całe moje życie jest ukierunkowane jakbym była sczepiona pępowiną z moim ojcem. Będąc dzieckiem należał do szkolnej orkiestry. Na zakończenie szkoły średniej w ramach niespodzianki dla dyrektora zagrał na trąbce” Arię na strunie G Bacha” Wstąpił do Pogoni. Dziadkowie nie mieli wystarczająco dużo pieniędzy by mógł dalej się uczyć. Dalej? To tylko szkoła średnia, tyle że w innym mieście, a to ciągnie za sobą koszty mieszkania i życia tam. Składając dokumenty do szkoły, nie wierzył, że coś takiego go spotka. Miejsca na akademik były już dawno pozajmowane, nieliczni dostawali pokój za dużą sumę pieniędzy, nie było mowy o tym, żeby tata podjął tam naukę. Koszty dojazdów były równie wysokie dla jego rodziny i nie mógł sobie na to pozwolić. Jednak przełożony jego byłej orkiestry dowiedziawszy się jaka jest sytuacja podjął działanie. Odkurzył stare znajomości i w ramach „talentu” tata dostał i pokój i miał za co żyć przez kilka miesięcy. Po Siedleckim Elektroniku, uczęszczał na Muzyczną Akademię Wojskową w tym samym czasie co był na „WACIE” o kierunku sportowym, zaliczał każde egzaminy w terminie zerowym, by później mieć czas na treningi i próby. Na próby w wojskowej orkiestrze był zwalniany i usprawiedliwiany z wielu zajęć, co skutkowało jego wewnętrznym spokojem. Gdy się ożenił dostał propozycje wyjazdu misyjnego. Odmówił i zwolnił się z wojska pod pretekstem posiadania już córki. Stąd czapka, którą się bawiłam. Interesy z Rosjanami ułatwiły mu drogę do uczenia się w Instytucie w Moskwie. Miał dobre podstawy językowe.Wyjazdy po samochody jak też ich sprzedaż rozwinęły w nim umiejętności negocjacji i konwersacji, przez co dziś ludzie wychodząc z gabinetu mają pełną głowę. Szkoła średnia dała mu wiedzę na temat elektroniki i fizyki potrzebne mu dzisiaj w pracy. Tata od zawsze był naszym domowym lekarzem, teraz jest prawdziwym pomagający innym, obcym ludziom.

Jestem z nim jak dwie krople wody, ten sam sposób stawiania stóp, ten sam śmiech, ta sama zgryźliwość. Jednak ambicje on ma większe ode mnie i nadal go podziwiam za siły jakie wkłada w samodoskonalenie i ciągłe douczanie, zdobywanie wiedzy w zakresie swoich zajęć. Ja odpadam i kładę się spać, on czyta i ogląda konferencje. Nadal jestem zależna jak mała dziewczynka, choć zaraz będę oddana w ręce innemu mężczyźnie, czy będę umiała się odciąć skoro kierunek większości swojego życia jest uwarunkowany jego? Zobaczymy…

 

Zgłoś błąd / sugestie

© IMiNS, 2016