Ludzie listy piszą

reportaż | autor: Michał Stasiecki
praca napisana w ramach zajęć: formy i gatunki dziennikarskie
prowadzący: red Waldemar Pławski

Urząd pocztowy, w którym pracuje pani Izabela Balcer przyjął system tygodniowych zmian. Część pracowników zaczyna pracę o godzinie siódmej, pozostali przychodzą na czternastą, po tygodniu sytuacja się odwraca. Poczta dla swoich klientów dostępna jest od godziny ósmej do dwudziestej pierwszej, ale praca urzędników nie kończy się wraz z zamknięciem drzwi wejściowych, po ostatnich klientach jest jeszcze sporo obowiązków, które muszą zostać spełnione zanim wszyscy będą mogli wrócić do domów.

Pierwszy alarm

W tym tygodniu Pani Izabela swój dzień zaczyna bardzo wcześnie. Pierwszy alarm budzika odzywa się już o czwartej czterdzieści pięć, jeden ruch ręką i budzik przechodzi w stan uśpienia, tylko po to, aby po 10 minutach zadzwonić ponownie. Od rozbudzenia mija kilka chwil, ciszę przerywa syk gazu wydostającego się z fajerki w kuchni, strzał elektrycznej iskry zapala się płomień nad którym grzeje się woda w czajniku. W szklance ląduje saszetka z herbatą i łyżeczka cukru. Kilka kroków dalej i w łazience rozbłyska światło, zaczyna się poranna toaleta.

- Dopiero wtedy czuję, że już się obudziłam, pierwsze czynności są praktycznie odruchem wypracowanym przez lata. Trochę strasznie to brzmi, proszę sobie nie pomyśleć, że moje życie to jakaś szara rutyna – mówi z uśmiechem Pani Izabela

Dochodzi piąta trzydzieści, ciszę w mieszkaniu zastępują dźwięki porannych programów nadawanych w telewizji.

- Rano nie zwracam nawet uwagi na to, co leci w TV, nie mam radia a chodzi tylko o to, aby coś wypełniło ciszę. Mój mąż u siebie w pracy zmiany ma zawsze ustawione odwrotnie do moich, trochę się przez to mijamy i czas na rozmowy jest raczej wieczorem. Ale żadne z nas się nie skarży.

Kto ma postać, nie usiądzie

Za dziesięć szósta Izabela wychodzi z domu i udaje się na pobliski przystanek autobusowy. Pierwszym autobusem dojeżdża na Białołękę tam przesiada się w następny, który zwozi ją na stację metra Marymont, a stamtąd to już tylko wystarczy dojechać na Plac Wilsona.

Ludzie listy piszą- Droga do pracy nie jest taka zła dojazd zajmuje mi około godziny. Ciężko jest zimną, kiedy człowiek marznie czekając na autobus. Kiedyś było lepiej, bo jeździło tędy więcej autobusów i rano mogłam jeszcze znaleźć miejsce siedzące. Teraz musiałabym iść aż na pętlę autobusową żeby znaleźć wolne miejsce. Rano z Legionowa jeździ dużo młodych ludzi do szkół, na uczelnię i nikt nie chce ustąpić. To nie tak, że jestem chwiejącą się na nogach staruszką, ale w perspektywie całego dnia pracy człowiek chciałby jeszcze chwilę odpocząć rano, a przynajmniej się nie zmęczyć.

Po pięciu minutach spaceru jest już w urzędzie, ma dziesięć minut na przebranie w służbowy mundur – zaczyna się praca.

Puste akwaria

Dochodzi dziesięć po siódmej zaczyna się praca na stanowisku, ale jeszcze bez klienta.

W urzędzie otwierają się okna, przez które wpada świeże powietrze. Cichy brzęk jarzeniówek zagłuszany jest uderzeniami stempli, dzwonieniem kluczy, swobodnymi rozmowami pracowników. Co pewien czas słychać ospały jęk metalowych szaf, z których Pani Iza razem z koleżankami wystawia nieodebrane listy polecone.

- Taki list nie może zostać wrzucony do skrzynki musi być oddany do rąk własnych – mówi. Następnie przychodzi czas na przeliczenie zaliczki, czyli pieniędzy o małym nominale potrzebnych do wydawania reszty. Do tej pory stanowiska pracy wyglądają niczym puste akwaria, do których ktoś zapomniał nalać wody, gdyby zatkać uszy można by pomyśleć, że poczta nadal drzemie.

O siódmej trzydzieści okienko Izabeli budzi się do życia – Wystawiam stojak z pocztówkami, znaczkami, wystawiam długopisy, koperty. To wszystko, co wcześniej wyjmowałam ze swojej szafki, bo z tego pod koniec każdego dnia pracy jestem rozliczana. Ludzie często nie rozumieją, że np. U mnie skończyły się dane koperty, ale ma je moja koleżanka, która w tej chwili jest zajęta i nie mogę jej przerywać, bo na przykład wydaje komuś emeryturę. A nie mogę sobie tego ot tak po prostu od niej zabrać. – Opowiada. Na poczcie wszystkiego pilnują księgi, kiedyś tradycyjne, teraz komputerowe. – U nas wszystko musi być zapisane i rozliczone, bo inaczej co miesiąc miałybyśmy braki i niższe pensje. Te wszystkie czynności Pani Izabela wykonuje od pierwszego dnia swojej pracy, praktycznie codziennie. Jednak to wcale nie rutyna pracy jest w tym zawodzie męcząca – Najgorszy stres przynosi praca z trudnym klientem.

W samo południe

Kiedy Pani Iza zaczynała pracę w Urzędzie pocztowym nr 23 nie było jeszcze maszyn, które ustalały kolejność obsługi. Były to czasy, w których krzesła przeznaczone dla wygody klientów były bezrobotne. O tym, kto pierwszy zostanie obsłużony decydowała szybkość i nieustępliwość w pilnowaniu swojego miejsca w kolejce. Właśnie z tym okresem wiąże się jedna z historii, które zapadły Izabeli w pamięć.

- Dzień zaczynał się tak samo jak zawsze, wszystkie przygotowałyśmy swoje okienka, główne drzwi zostały otwarte. Rano jest raczej mały ruch, więc każda z nas miała czas na różne swoje obowiązki. Co jakiś czas ktoś przyszedł nadać lub odebrać list, kupić kopertę albo znaczki. Jednak przez większość czasu prawie wszystkie okienka były wolne. W środku tygodnia zdarzają się takie dni. I nagle…

Wybija jedenasta trzydzieści, ciepłe majowe słońce sączy się przez żaluzje do wnętrza urzędu. Ciszę wypełniają odgłosy datowników, szmery komputerowych wentylatorów. Nagle za oknami Poczty majaczą cienie a po krótkiej chwili przez drzwi wchodzą dwie klientki. Dwie przypadkowe starsze panie, na oko około siedemdziesiątki, postanawiają w tej samej chwili nadać listy. Izabela przerywa swoją dotychczasową pracę, odkłada dokumenty na bok i czeka, aby upewnić się, do którego okienka się udadzą. Przypadek chciał, że obie Panie z pięciu dostępnych stanowisk wybierają to jedno, które dla nich wydaje się najlepszym. Równym krokiem ruszają w stronę upatrzonego okienka nr 3.

- Myślałam, że jest to jedna z tych sytuacji, kiedy ludzie idą chodnikiem i trafiają na kogoś idącego tą samą stroną. Starają się wyminąć naraz w tej samej chwili, a tak naprawdę ciągle zachodzą sobie drogę. Aż w końcu ktoś się zatrzyma i przepości drugą osobę.

Jednak stanowisko nr 3 musi mieć w sobie coś magicznego, coś, czemu owe panie nie potrafią się oprzeć. Może jest to potrzeba rywalizacji, a może fakt, że to stanowisko znajduje się najbliżej wejściowych drzwi. Obie klientki starają się jednocześnie dostać do okienka, w wyniku czego zaczyna się niegroźna przepychanka. Na początku są to spokojne dyskretne ruchy biodrami na boki, chwilę później napór całego ciała.

- Kiedy koleżanki zobaczyły co się dzieje, zaczęły zapraszać panie do siebie, zapewniając, że mogą na oddzielnych stanowiskach wszystko załatwić, jednak żadna z klientek nie myślała o odchodzeniu od trójki – relacjonuje Izabela.

Sytuacja staje się patowa i kiedy wszyscy myślą, że będzie trwała do zamknięcia poczty, a może nawet do zburzenia budynku, jedna z pań napiera mocniej i udaje się jej dostać do okienka. Druga kobieta z wyrazem zrezygnowania odchodzi w kierunku stanowiska numer 4. Atmosfera jest gęsta od nagromadzonej energii. Odepchnięta klientka podchodzi do swojego okienka, gdzie powitała ją Pani Urszula – koleżanka Izabeli.

- Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą, i zajęliśmy się swoją pracą. I wtedy stało się, co stać się musiało.

Powietrze przeszywa grom, urażona duma klientki z okienka czwartego bierze górę nad rozsądkiem, staruszka z grymasem złości na twarzy odwraca się w stronę swojej rywalki i rusza w jej kierunku. Po trzech krótkich krokach kobieta robi lekki zamach i wyprowadza kopnięcie w nogi swojej rywalki, po czym odwraca się i zaczyna opuszczać budynek. – My wszystkie w tej chwili zamarłyśmy, nie wiedziałyśmy co robić, z jednej strony chciało się nam śmiać z drugiej byłyśmy w szoku. Listonosz, który wtedy się rozliczał z wrażenia upuścił torbę, a Pan Tadek – nasz ochroniarz śmiał się cicho pod nosem.

Czas zatrzymuje się na chwilę, uderzona staruszka równie zszokowana ani myśli puścić to płazem. Chwyta swoją torebkę dogania agresorkę i szybkim uderzeniem wymierza sprawiedliwość. W tej chwili obie panie zaczynają się przepychać kopać, szarpać.

– Jak na swój wiek były bardzo sprawne, Pan Tadzio musiał wkroczyć do akcji i rozdzielić je. Potem kazał im opuścić budynek poczty. Te Panie zaraz po wyjściu powiedziały sobie kilka słów, postraszyły się wzajemnie i rozeszły w swoje strony. Ta sytuacja była tak absurdalna, że zaczęłyśmy się śmiać. Ale zdarzają się również sytuacje, w których nikomu nie jest do śmiechu.

Drewniana pałką powybijam!

Urząd Pocztowy Warszawa 23 mieści się w jednym z mieszkalnych budynków małego i cichego osiedla, którego mieszkańcami w większości są starsze osoby. Wielu klientów przychodzi na pocztę regularnie opłacać rachunki, wysyłać paczki i listy.

- Mamy kilku stałych klientów, w większości zachowują się uprzejmie, widujemy ich średnio od trzech do czterech razy każdego miesiąca. Jest taka para, która po każdej wizycie u nas przechodzi po wszystkich okienkach i zostawia każdej z nas po cukierku na osłodę dnia. Albo pan, który prowadzi internetowa sprzedaż książek. Cieszy się, że zawsze mu pomagamy i od pewnego czasu po swojej wizycie zostawia w prezencie książkę, którejś z nas zależy, do kogo trafi. Są i tacy, których pamiętamy głównie dlatego, że są opryskliwi i niemili. Jest taki jeden starszy pan, który po każdej swojej wizycie zostawia skargę i zawsze wykrzykuje pod naszym adresem jakieś niemiłe słowa. Kiedyś przyszedł przed samym zamknięciem nadać paczkę. Pudełko, w którym miał zapakowaną przesyłkę było uszkodzone, a takich nie można nadawać. Koleżanka wytłumaczyła mu to i powiedziała, że niestety musi kupić nowe – miała nawet takie samo na swoim okienku. Jednak ten pan najpierw stwierdził, że poczta chce go naciągnąć na pieniądze, a potem wybrał pudełko większe, którego niestety nie mieliśmy już na stanie. Po dziesięciu minutach krzyków napisał skargę nadał paczkę i wyszedł. Na sam koniec spod drzwi krzyknął, że nas jeszcze nauczy! Zawsze tak mówi. Nazywamy go pułkownik

Pracownikowi urzędu pocztowego podczas dnia pracy przysługuje trzydziestominutowa przerwa „obiadowa”. Często jest to jedna z niewielu okazji, kiedy kasjerka może opuścić stanowisko pracy. Niestety niektórzy ludzie czekający w kolejce i nie potrafią pogodzić się z tym faktem. Kiedy na poczcie jest dużo pracy, przerwy przesuwane są w czasie do chwili, kiedy presja zmaleje.

Godzina szesnasta, ludzie wychodzą z pracy i idą na pocztę opłacić rachunki, odebrać awizowane przesyłki lub listy. Nad okienkami nieustannie pojawiają się nowe numerki sygnalizujące kolejność podchodzenia do stanowisk. – Wtedy było około 4 osób do każdej z koleżanek i jedno stanowisko było zamknięte z powodu przerwy obiadowej.

Do sali głównej urzędu pocztowego wchodzi starszy mężczyzna ubrany brązową marynarkę i ciemne spodnie. W rękach trzyma zwinięte awizo i rozgląda się dookoła licząc ludzi w kolejkach. Podchodzi sztywnym, marszowym krokiem do panelu, wciska guzik i odbiera swój numerek. Siada na krześle i wygładza spodnie.

- Jak tylko go zobaczyłam wiedziałam, że będą kłopoty. Po jego minie od razu było widać, że jest niezadowolony.- Opowiada Izabela.

Mężczyzna wstaje podchodzi do okienka numer jeden i podniesionym głosem wzywa kontrolerkę zmiany. Po chwili w okienku zjawia się Pani Justyna – kontrolerka i pyta, w czym może mu pomóc.

- Usłyszałam jak krzyczy na Justynę, że okienko jest zamknięte, a tu ludzie w kolejce czekają. Mówił, że on nie zamierza czekać, i że ma być obsłużony natychmiast. Nie chciał słuchać o przerwie obiadowej i powiedział wtedy słowa, które zapadły mi mocno w pamięci. „W domu się nażerać, a nie przerwy robić, ja wam te przerwy z łbów drewnianą pałką powybijam”. Kiedy Justyna zwróciła mu uwagę na ton i słowa, zaczął krzyczeć, nikt nie będzie go pouczał.

Ochrona na poczcie na podstawie gróźb słownych w przypadku agresywnych klientów: zamknąć wejście do urzędu i poinformować policję.

- Tadzio wtedy wstał podszedł do tego pana i powiedział, że jeśli nie przestanie grozić pracownikom to ochrona zamknie pocztę i poinformuje o tym władze. Ale w tej samej chwili Basia, ta dziewczyna, która była akurat na przerwie, na prośbę naczelniczki wróciła chwilowo na stanowisko i obsłużyła pułkownika. Ludzie też zwracali mu uwagę na to jak się zachowuje i na co sobie pozwala, ale on zawsze ma dla wszystkich odpowiedź. Kiedy wyszedł Basia mówiła, że zanim odebrał list to jak zwykle mówił „Ile ja jeszcze mam was uczyć? Ja was nauczę, ja was nauczę.”

- W takich chwilach miło jak klienci stają po naszej stronie. A nie tylko bacznie obserwują, co się stanie.

Wybuchowe klucze

Piątkowe popołudnie, nic specjalnego. Urząd odwiedza wiele zabieganych osób. Ludzie szybciej niż w inne dni tygodnia starają się skorzystać z usług pocztowych. Pracownicy uwijają się jak w ukropie. Ktoś zapomina o wydanej reszcie, inni denerwują się, że brakuje drobnych do jej wydawania.

- Piątki są szalone, wszyscy chcą po pracy zamknąć swoje sprawy przed weekendem. Wtedy pracuje się w największym stresie.

W całym zamieszaniu nikt nie zwraca uwagi na stojącą pod ścianą teczkę. Izabela zajęta była przyjmowaniem wpłaty od swojego klienta, kiedy przy jej stanowisku pojawiła się jej koleżanka Basia.

- Kiedy skończyłam przyjmować wpłatę, Basia zwróciła moją uwagę na stojącą paczkę. Powiedziałam jej, że na pewno ktoś jej zapomniał i pewnie zaraz po nią wróci. Basia musiała iść do kontrolera i poinformować go o teczce. Takie są procedury bezpieczeństwa. To były te czasy, kiedy ludzie bali się zamachów, zaraz po atakach w USA.

Po upływie kilku minut do walizki podchodzi pani Justyna razem z naczelniczką poczty. Część stojących w pobliżu ludzi dopiero w tej chwili zauważa zagubioną teczkę. Pani Teresa – naczelniczka, stwierdza, że zgodnie z procedurą trzeba powiadomić policję. Zgromadzeni Klienci dyskretnie odsuwają się od pań stojących przy zgubie. Część ludzi, mimo posiadania cennego numerka, rezygnuje z dalszego oczekiwania. Ochrona zamyka drzwi i w tej chwili zaczyna się oczekiwanie na przybycie policji.

- Ludzie byli zdenerwowani, krzyczeli, że nie dadzą się więzić, niestety takie procedury. Nic nie mogliśmy zrobić. Po chwili pojawiła się policja i grupa saperów. Weszli na pocztę z psami, uspokoili klientów. Psy zaczęły obwąchiwać teczkę.

Pies policyjny szkolony jest tak, aby w sytuacji, kiedy w paczce mogą znajdować się materiały wybuchowe położyć się i tym zasygnalizować niebezpieczeństwo. Psy przez chwilę kręcą się obok teczki, obwąchują ją z każdej strony. Na tę chwilę w urzędzie zapada grobowa cisza. Ludzie czekają w napięciu na reakcję czworonogów. Nagle jeden z policyjnych owczarków kładzie się na ziemi, po chwili dołącza do niego drugi, serca ludzi zamierają. Policjanci natychmiast proszą klientów oraz personel o zachowanie spokoju. Zaczyna się ewakuacja i zabezpieczanie terenu. Grupa saperów przygotowuje sprzęt. Słychać szmer rozwijanej taśmy, zagrodzony zostaje chodnik przed urzędem. Wszyscy pracownicy oddalają się na bezpieczną odległość, zaczynają schodzić się gapie.

- Odeszłyśmy z koleżankami we wskazane przez policjantów miejsce i wtedy właśnie zdałyśmy sobie sprawę z absurdu, jakim był przebieg ewakuacji. Nasza poczta mieści się w budynku mieszkalnym. Widziałam pełno ludzi stojących na balkonach patrzących w dół. Rozmawiałyśmy nawet o tym, że jeśli coś poszłoby nie tak, to mieszkańcy byliby w niebezpieczeństwie. Najbardziej załamała mnie reakcja młodej mamy, która podeszła z dzieckiem w wózeczku do policjanta, zapytała co się dzieje i kiedy usłyszała, że na poczcie jest bomba, nie odeszła nawet na krok. Stała i obserwowała rozwój wydarzeń.

Saperzy wchodzą do środka, spokojnie oglądają teczkę, po chwili zapada decyzja o podłożeniu małego ładunku i zdetonowaniu teczki. Wszystko zostaje przygotowane szybko i sprawnie teczka zostaje przykryta ciężką matą zabezpieczającą. Wszyscy oddalają się na bezpieczną odległość i odpalają ładunki. Słychać było stłumione uderzenie, okna zadrżały od siły eksplozji, w powietrze podniosła się chmura siwego dymu. Policjanci zbliżają się do otwartej teczki, a ich oczom ukazuje się..

- Były tam klucze i dokumenty. Psy podobno wyczuły zapach metalu i to je zmyliło. W środku nie było nic niebezpiecznego. Z tego co się potem dowiedziałam, policja skontaktowała się z właścicielem teczki. To był ten sam pan, który zapomniał zabrać wydanej reszty. Koleżanka mówiła mi, że potem był nawet na poczcie i śmiał się, że tym razem nic nie zostawi, bo jeszcze mu potem wysadzą w powietrze.

Szklany konfesjonał

Jak śpiewali Skaldowie „Ludzie listy piszą: zwykłe, polecone..” Zaraz potem przychodzą na pocztę je nadać, lub odebrać te, które przyszły do nich. Okazuje się jednak, że praca pocztowca na tym się nie kończy. Ludzie mieszkający w sąsiedztwie Urzędu Warszawa 23 przy okazji załatwiania swych spraw często dzielą swe troski i życiowe problemy z jego pracownikami. Są to przeważnie stali klienci, którzy wiedzą kiedy na poczcie ruch jest mniejszy i wszystko na spokojnie można opowiedzieć.

- Zdarzyło mi się to kilka razy. Na przykład podczas mojej zmiany na stanowisku przyjmowania i wydawania paczek. Przyszła wtedy do mnie starsza kobieta, z małym zawiniątkiem pod pachą. Starsi ludzie często przychodzą do nas właśnie w chwilach, kiedy, ruch jest najmniejszy. Często nie potrafią sobie poradzić z wypełnianiem druków albo złożeniem pudełka i proszą o pomoc. Ta pani potrzebowała pomocy innego rodzaju, potrzebowała czyjegoś towarzystwa.

Ludzie listy pisząŚrodowe popołudnie wypełniał zapach kwitnących kwiatów bzu. Na zegarze wybiła godzina dwunasta trzydzieści, zza okien dobiegały odgłosy dzieci grających w piłkę na szkolnym boisku. Kilku klientów załatwiało swoje sprawy przy okienkach opłat. Pani Izabela wypełniała druki dotyczące niedostarczonych paczek. Pochłonięta pracą nie zauważyła nadejścia klientki. Nagle usłyszała ciche Przepraszam i zobaczyła starszą panią stojącą przy swoim stanowisku, uśmiechnęła się i powiedziała Dzień dobry, w czym mogę pomóc. Pani Barbara przyszła nadać paczkę do Australii, paczkę ze śpioszkami dla swojego nowego wnuczka.

- Strasznie mi było jej żal. Najpierw obsługa przebiegała standardowo, pomogłam pani przy wypełnianiu druczków dobrałyśmy odpowiedni rozmiar opakowania, zważyłam paczkę. W chwili kiedy wydawałam resztę, zaczęła mi opowiadać dla kogo są te śpioszki. Mówiła o tym jak Jej syn pojechał do Australii do pracy, o tym, że poznał tam swoją żonę i postanowił nie wracać do kraju. Ze łzami w oczach pokazywała mi zdjęcia wnuczka, którego nigdy nie widziała na żywo i opowiadała jakie to kochane dziecko. Przypadek Pani Barbary nie jest jedyny. Jest sporo babć, w różnym wieku, które wysyłają wyprawki dla swoich wnucząt w różne zakątki świata. Czasem moja praca przypomina mi konfesjonał. Ludzie opowiadają najróżniejsze historie. W zeszłym tygodniu miałam klienta, który, płakał po tym jak zdechł mu pies. Ludzie potrzebują bliskości, i szukają jej wszędzie gdzie tylko mogą. Zawszę po takich „odwiedzinach” mam nadzieję, że ja sama nigdy nie znajdę się w takiej sytuacji.

Godzina szesnasta poczta tętni życiem, pojawili się klienci „masowi”. Są to przeważnie przedstawiciele firm, sprzedawcy Internetowi, konsultantki firm kosmetycznych. Obsługa tego typu jest dłuższa i bardziej absorbuje. Ludzie ustawiają się w charakterystyczne dla PRL-u wężyki. Na krzesłach ustawionych pod oknami urzędu siedzi grupa starszych pań. Wyglądają jakby całe zamieszanie kompletnie ich nie dotyczyło. Każda z nich trzyma w rekach swój numerek. Interesującym wydaje się fakt, że w kolejkach już kilka razy nastąpiła rotacja klientów.

- Zastanawiałam się, na co one czekają, kilka razy nad okienkami pojawiły się puste numerki nikt nie podszedł do okienka. Przy takim natłoku pracy, jaki wtedy miałyśmy nie mogłam zbyt długo wzywać klienta do swojego stanowiska. To wszystko jest z góry ustalone w naszym regulaminie.

Nastąpiła kolejna rotacja, kolejni klienci, wszyscy narzekają na to, że muszą czekać na swoją sprawę. Stanowiska pracują na pełnych obrotach. Kobiety przy oknie pogrążone w rozmowie są chyba jedynymi zadowolonymi klientkami.

- Już straciłam wiarę w to, że którakolwiek z tych pań podejdzie do mnie i załatwi swoje sprawy. I właśnie w tej chwili jedna z nich wstała, odebrała nowy numerek i po kilku klientach podeszła do mojego okienka. Kupiła znaczki, nie pamiętam dokładnie, ale chyba pięć. Z żartem powiedziała, że wizyta na poczcie się przedłużyła. Odpowiedziałam, że każdemu się zdarza zagadać. Jej odpowiedź mnie zaskoczyła, powiedziała My tu przyszłyśmy porozmawiać, na zewnątrz pada, a te znaczki to tylko przy okazji, zawsze się mogą przydać. Kobieta podeszła do swoich koleżanek i razem opuściły pocztę. Izabela dowiedziała się od swoich koleżanek, że to nie pierwsza wizyta tych pań. Czasem przychodziły kupić kopertę, czasem zapłacić rachunki, jednak zawsze towarzyszyła temu okupacja poczty i długie rozmowy.

Praca na poczcie nie należy do najłatwiejszych: noszenie ciężkich paczek, stres związany z negatywnymi reakcjami ludzi. Praca pod presją czasu, aby nie przekroczyć dozwolonych limitów czasowych. Realizacja planów, jakie zostały narzucone placówkom pocztowym, czasem bardzo daje się we znaki. W takich dniach Panie, które bardzo miło przyjęły mnie i zechciały mi pomóc w realizacji tego reportażu, są wdzięczne za klientów, którzy okazują im serdeczność. Nie chodzi o zostawiane czekoladki, ważne jest zrozumienie i dobra wola. Niektórzy mówią, że następuje koniec poczty. Listy można zastąpić mailem, paczki lepiej dostarczać firmą kurierską. Lecz czym zastąpić jej pozostałe funkcje? Komu wyżali się samotna babcia wysyłająca śpioszki do Australii? Gdzie będą rozmawiały starsze Panie przy okazji zakupu znaczków, które jak wiemy, zawsze mogą się przydać. Kiedy następnym razem udamy się na pocztę, na której będą kolejki, zamiast wpadać w złość, że nie pracują wszystkie okienka, pomyślmy o tym, że może ktoś właśnie je swoje śniadanie, albo zwyczajnie odpoczywa. W urzędzie pracują ludzie, nie komputery, a każda z tych osób skrywa swoją historię i może kilka innych zasłyszanych od swoich klientów. A Ty? Masz w domu jakieś znaczki?

Nazwy miejsc, ulic, nazwiska i imiona osób opisywanych w reportażu zostały zmienione.

 

Zgłoś błąd / sugestie

© IMiNS, 2016