Komu się śpieszy...

reportaż | autor: Karolina Zawadzka
praca napisana w ramach zajęć: formy i gatunki dziennikarskie
prowadzący: red. Jacek Wegner

Był 12 październik

Przez okno, przedzierały się ciepłe promienie jesiennego słońca. Raziło po oczach, dlatego nie myślałam o dłuższym wylegiwaniu się w łóżku. Postanowiłam podnieść swoje, jeszcze ciężkie, pogrążone we śnie cielsko i ruszyć do łazienki. Opłukałam twarz zimną wodą. Trochę szerzej otworzyłam powieki, ale wciąż była nieprzytomna. Poszłam do kuchni nastawiłam wodę na kawę. „Ocho, Marta wstała” pomyślałam, gdy tylko usłyszałam trzaśnięcie drzwiami. Była zła. „Pewnie zaspała na autobus” Zawsze, wstawała około półtorej godziny wcześniej, sam makijaż i dobór stroju zajmował jej mnóstwo czasu. „Chcesz kawy?” zapytałam, „właśnie zagotowała się woda.” Szorowała w pośpiechu zęby, coś tam wybełkotała, z czego wywnioskowałam, że chyba się chętnie napije, o ile zdąży. „Z mlekiem tak? I dwie łyżeczki cukru?” „Yhyym”. Nie minęło dziesięć minut, a Marta była gotowa. „Widzisz” powiedziałam z ironią w głosie „chcieć to móc, wyrobiłaś się w 9 minut i 33sekundy, hahaha.” „Bardzo śmieszne” odbąknęła. Poszła się pakować, ja w tym czasie zarzuciłam na siebie dresiki i wybiegłam z psem na spacer. Gdy wróciłam Marta jeszcze była. „A ty co? Nie pojechałaś w końcu tym wcześniejszym kabanem?” „Nie, nie chciało mi się biec, przynajmniej spokojnie wypiłam kawę i zjadłam śniadanie. Poza tym komu się śpieszy temu się diabeł cieszy”. Ucieszyłam się, bo też musiałam jechać do Warszawy; podróż autobusem zawsze mnie nuży, a że będę jechała z siostrą.. Przynajmniej się pośmiejemy i pogadamy, pomyślałam. „To poczekaj chwile na mnie, może razem pojedziemy?” „A długo?” „Nie no tylko wezmę rzeczy.”

Dobrze się nie obejrzałyśmy, a już pędziłyśmy

411 po trasie Siekierkowskiej. Wysiadłyśmy na przystanku Afrykańska. Przyjechał 507. Wsiadłyśmy. Nie było za dużo miejsca, więc stanęłyśmy na miejscy przeznaczonym dla rowerów, naprzeciwko drzwi wejściowych. Marta pod oknem, ja vis a vi niej. Ujechałyśmy 5 metrów. Nagle rozległ się huk. Autobusem zarzuciło. Kątem oka widziałam jak pasażerowie się przewracają. Szkło. Pękła szyba. Upadłam. „O Boże, Marta!” pomyślałam na wpół przytomna. Autobus stanął. Marta leżała na ziemi z rozbitą głową. Zobaczyłam krew. Nie wiedziałam co robić. Spanikowałam. Serce waliło mi jakbym przebiegła ze 4 kilometry. Wyciągnęłam telefon, zadzwoniłam na pogotowie. Po telefonie orzeźwiałam. Miałam wrażenie jakby ktoś przywalił mi w policzek, taki zimny prysznic. Spojrzałam jeszcze raz na Martę, leżała nie ruchomo. Wokół niej pokruszone, na drobne kawałeczki szkło. „Jej noga!” Wózeczek na zakupy jakiejś babci przygniatał nogę. Pochyliłam się nad nią, zaczęłam płakać. „Kurwa” przeklinałam w duchu „Marta, cholera jasna! Wstawaj obudź się! Marta!” Przyjechała karetka. Jakiś facet wypytywał mnie co się stało, pytał o siostrę. „Spieprzaj, co mam Ci powiedzieć” pomyślałam. Chciałam jechać z nią, a ten dupek z karetki mi nie pozwolił. „Baran, idiota!” Kłóciłam się. Wcale mnie nie słuchał. Pojechali.

Cała roztrzęsiona zadzwoniłam do rodziców

Mama nie odbierała. „Pewnie się odprawia! Jak zwykle” (pracuje w szpitalu psychiatrycznym w Józefowie, często mają odprawy, ciągle powtarzam, że nic tam nie robią, tylko się odprawiają!). „Tata, tata na pewno odbierze.. Też nie?! Po co im te telefony! Cholera! Odbieraj!” Zdesperowana wsiadłam do autobusu, który jechał w kierunku szpitala, do którego mieli odwieźć siostrę. Tata oddzwonił. „Marta miała wypadek. Jest już pewnie na Szaserów. Myślę, że nic poważnego. Ja też jadę. No. Pa”

Kiedy dojechałam

Kiedy wlazłam do szpitala tata już tam był. Siedział ze łzami w oczach. Trzymał Martę kurczowo za rękę. Nie wiem jak udało mi się ich tak szybko odnaleźć. Po prostu weszłam i wiedziałam gdzie mam iść, gdzie się kierować, żeby być już z nią, zobaczyć jak się czuje, czy się ocknęła, czy żyje… „Tato” wpadłam mu w ramiona z gorzkim płaczem. Pogłaskał mnie po plecach. Słyszałam jak głośno przełyka ślinę. Czułam łzę, która ściekała mu po policzku. Chwilę później przyjechała mama. Była wściekła. Coś krzyczała wchodząc i zamykając, przed „dupkiem” z karetki, drzwi. Zmiękła, gdy zobaczyła Martę. Chwilę później, weszli lekarze i bez słowa zabrali siostrę na badania. Wszyscy siedzieliśmy bez słowa w poczekalni. Nie mogliśmy się doczekać, kiedy nam ją z powrotem oddadzą. Na szczęście długo nie musieliśmy czekać. Martę zawieziono na salę. Powiedziano nam, że możemy do niej wejść. Wciąż była nie przytomna. Obsiedliśmy ją niczym wrony, i czekaliśmy na jakiś jej ruch, jakąś reakcję. Spała? Nie wiem, czy można nazwać to spaniem. Strasznie baliśmy się, że może już nigdy się nie obudzi. Siedzieliśmy długo, czas się jeszcze bardziej wydłużał, nikt nie przyniósł jeszcze wyników badań. Obawialiśmy się najgorszego. „Tylko uderzyła głową o szybę, może nic jej nie będzie, może tylko jakieś małe wstrząśnienie” przeżywała mama, gadając pod nosem i kręcąc się po sali. „Oby” pomyślałam. Nie chciałam się odzywać, a ni też ich pocieszać, bo niby jak? Po co? I tak nic do nich nie dotrze są pogrążeni w amoku. Tata siedzi i myśli. Słowem się nie odzywa, czasem głośniej westchnie. Mama za to chodzi jak nakręcona, to znów siada, macha nogą, obgryza paznokcie. Wychodzi z sali. Krzyczy na lekarzy. Wkurza ją, że czekamy tyle na wyniki. Ale nikt jej nie uspakaja. Ona musi odreagować. Ja siedzę. Patrze na to wszystko z boku. Obserwuje rodziców. Jestem wściekła, że to nie mi się przydarzyło. „Marta jest przecież taka krucha, taka młodziutka, jeszcze przed nią matura, studniówka… eh” wzdycham, jak ojciec.

Czekaliśmy na wyniki do godziny 18

„8 godzin! Nareszcie! Oby nic złego tylko w tych wynikach nie wyszło” z nadzieją w duchu podeszłam do lekarza. Nawet nie miał takiej złej miny, pomyślałam że to nie będą złe wiadomości. „Marta Zawadzka tak? Proszę państwa, Marta ma pękniętą stopę i pewnie trzeba będzie założyć jej gips. Miała też małe wstrząśnienie mózgu. Jedyną złą wiadomość, jaką mam państwu do przekazania to, to że podczas wypadku Marcie przesunął się krąg w kręgosłupie, podejrzewam, że będzie musiała pochodzić parę miesięcy w kołnierzu. To tyle. Zaraz ktoś po nią przyjdzie i założy jej gips oraz kołnierz tymczasowy. Tymczasowy dlatego, że lepiej byłoby gdyby zdecydowali się państwo kupić jej specjalnie dopasowany do szyi, bardziej sztywny ”. Lekarz opuścił salę. Mamie poprawił się humor. Wiedziała już, że będzie z jej córką dobrze, coraz lepiej z dnia na dzień. Popłakała się. Puściły jej nerwy. Około godziny 20 byliśmy w domu. Rodzice zajęli się Martą, ja natomiast wyszłam z psem. Gdy wróciłam siostra dochodziła do siebie, uśmiechała się. Czułam, że jest lepiej.

„Chyba Kapi czuje, że coś się wydarzyło, że Marta źle się czuje” powiedziałam do mamy, wskazując na psa, który lizał siostrę po rękach, a chwilę później po buzi. Mama uśmiechnęła się. „Chyba tak” dodała, kierując się w stronę kuchni, żeby nastawić wodę na herbatę…

 

Zgłoś błąd / sugestie

© IMiNS, 2016