Dzień z życia stóp

reportaż | autor: Alicja Porzezińska
praca napisana w ramach zajęć: formy i gatunki dziennikarskie
prowadzący: red. Jacek Wegner

Ostatnie upały sprawiły, że wszyscy pocili się od stóp do głów. Postanowiłam zareagować i ulżyć przynajmniej dolnym partiom ciała. Przez jeden dzień – niczym podróżnik Wojciech Cejrowski – chodziłam po Warszawie bez butów.

Buty pani ukradli?

Z butami miałam odwieczny problem raz za małe albo za duże, niezbyt wygodne a pod wieczór po całym dniu pracy stopy dawały o sobie znać. Dlatego postanowiłam przeżyć dzień na boso.

Dzień z życia stópChcę wyjść rano do sklepu. Automatycznie schylam się po baletki. Stop – łapię się na tym bezwarunkowym odruchu – nie tym razem. Przejście przez próg, krótkie nieprzyjemne uczucie masażu szczotką ryżową (wycieraczka) i przyjemny chłód (schody). Czuję się dziwnie: wychodząc z klatki, rozglądam się, czy nikt mnie nie obserwuje. Zwariowała – podsumowaliby pewnie sąsiedzi. Idę kostką brukową, wchodzę do klimatyzowanego sklepu. Kafelki zimne, jakbym stąpała po lodzie. Niektórzy subtelnie zerkają pod nogi, niby swoje, ale tak naprawdę na moje. Aha – jak łatwo zwrócić na siebie uwagę? Wracam do domu zjeść śniadanie i nieco ochłonąć.

Wychodzę ponownie i wsiadam na rower. Metalowe pedały nie są dziś mile widziane. Ale mam właśnie takie. Bliski kontakt z wystającymi z nich kolcami to bolesne doznanie. Nic – słowo się rzekło – reportaż ma powstać – jadę dalej. Na wysokich obrotach – tak, by za mocno nie naciskać na rzeczone pedały. Podjeżdżam pod sąd. Torbę z laptopem i baletkami (wzięłam na wszelki wypadek, jakby mnie nie chcieli gdzieś wpuścić) przepuszczam przez skaner. Przechodzę przez elektroniczną bramkę i… nic. Nikt nie jest zdziwiony, dlaczego dziewczyna wchodzi na bosaka do sądu, a w plecaku ma baletki. Żyjemy w wolnym kraju – moje stopy to czują! Krążę po pokojach sądu, odkrywając przy okazji nowe zagrożenie. Zaczynam się bać, że ktoś mnie nadepnie. Przypominają mi się słowa nauczyciela biologii, który podczas lekcji zwykł powtarzać: „Lepiej, by na stopę stanął słoń niż kobieta w szpilkach!“. Po sądzie krążą elegancko ubrane panie, stukając obcasami. Gdy taki adwokat czy sędzia idzie, wszyscy to słyszą. Ja przemykam cichutko jak kotka.

Dzień z życia stópI czuję się trochę niedowartościowana. A na dodatek po dwóch godzinach w sądowej czytelni jest mi zimno w stopy! Opuszczam gmach sądu, pedałuję znów, zostawiam rower pod domem i ruszam do Muzeum Narodowego. Tu ochroniarze są bardziej spostrzegawczy: – O buty pani ukradli – śmieją się przy wejściu. – Jak Cejrowski. Kiedyś też tak chodziłem, jak zwiedzałem meczet. Ale to było i tak w skarpetach – mówi jeden z nich. Przy wejściu na sale wystawowe jest mnóstwo zakazów: wchodzenia z psami, robienia zdjęć z lampą błyskową, wnoszenia walizek i parasoli, rozmawiania przez telefon i filmowania. Na szczęście ani słowa o obuwiu. Oglądam wystawę „Ars Homo Erotica” i wychodzę.

Ruszam Nowym Światem w stronę pl. Zamkowego. Pod stopami wyczuwam bąble dla niewidomych przy przejściach dla pieszych. Mile nie będę wspominał chodnika wyłożonego niewielką kostką z kamienia – taką jak przy pomniku Charles’a de Gaulle’a. Zaskakująco czysto, nie ma szkła, tylko trochę niedopałków. W dotyku stopy wcale nieobrzydliwych.

Uśmiech mężczyzny

Nie grzeszę wysokim wzrostem, a bez butów mam ze 5 cm mniej. Ale i tak wciąż zwracam uwagę mężczyzn, którzy widząc moje nogi, uśmiechają się częściej niż zazwyczaj.

Kobiety rzadziej zwracają na mnie uwagę. I dobrze. Zaglądam do jednego ze sklepów, a tu wycieraczka. I kolejny dylemat: użyć czy nie użyć? Mam wycierać stopy? Chyba nie. Spacer Traktem Królewskim to przyjemność: powierzchnia chodnika gładka, mało kamyczków. Szybko zaczynam odróżniać różne rodzaje asfaltu: są mniej i bardziej chropowate. Przejście przez remontowaną Emilii Plater to wyzwanie: ostre kamienie, mnóstwo żwiru. Zazwyczaj z zażenowaniem patrzę na facetów plujących na ulicę. Tym razem pewien typ idący przede mną splunął, a ja z pogardą ominęłam zaznaczone przez niego terytorium.

Mmm… błotko

Późnym popołudniem umówiłam się na wspólny spacer na Polu Mokotowskim (bez problemów dojechałam metrem) z nieformalną grupą warszawiaków… chodzących boso. Ci ludzie regularnie spotykają się na przechadzki bez butów. Idę z nimi po trawie (co za ulga dla stóp!) i słucham.

Dzień z życia stóp– Pierwsze wspólne spacery robiliśmy pięć lat temu – wspomina Olek Sent, działacz jednej z fundacji. – Przez ten czas przewinęło się przez naszą grupę ok. 40 osób, odbyliśmy kilkadziesiąt spacerów. W wakacje bez butów pojawiam się czasem nawet w pracy.

Skąd taki pomysł? – Chodzenie boso to odbieranie świata za pomocą dodatkowego zmysłu. Np. będąc w lesie, oprócz szumu i zapachu drzew dochodzi dotyk mchu – tłumaczy informatyk Wojtek Miller. – A szyszki? – pytam, mając w pamięci niemiłe kamyczki. – Cóż, te trzeba omijać.

– Ooo… przyjemne błotko – mówi Magda Wójcik, wchodząc do wyschniętej kałuży. – Buty mnie zawsze obcierały. Dlatego lubię je zdejmować – dodaje. Wchodzimy do kałuży. – Przynajmniej nie trzeba się martwić, że przemokniemy – śmieją się bosonodzy.

Przechodnie na nich reagują różnie. Często pytają, czy to jakaś pokuta, czy należą do sekty, czy może są mnichami. Pewna starsza pani stwierdziła, że po Warszawie nie wolno chodzić boso, bo… jest tu mnóstwo szczątków powstańców. Innym razem dziesięcioosobową grupę bosonogich zaczepił uliczny handlarz chcący im sprzedać… wkładki ortopedyczne do butów.

A najbardziej nieprzyjemne doświadczenia?

– Chodzenie zimą jest wymagające. Najpierw jest miękko, potem boli, potem znów jest miękko. Ale w ogóle się nie ślizgasz – zapewnia Olek. Z kolei Magda przestrzega przed psimi kupami. Wojtek demonstruje, że można stanąć nawet na szkło i się nie skaleczyć.

Klimatyczne obuwie

– W naszej szerokości geograficznej buty zostały wymuszone przez klimat – opowiada prof. historii Tomasz Nałęcz. – Stały się też oczywiście wyznacznikiem pozycji społecznej. W XIX-wiecznych pamiętnikach można przeczytać o tym, że jakieś dzieci nie poszły do szkoły, bo brakowało pieniędzy na buty. Z kolei ja pamiętam, jak w latach 50. w czasie wakacji na wsi miejskie dzieciaki były bardzo poszkodowane, bo nie mogły chodzić boso. Ich rodzice mówili: „dzieci z dobrego domu bez butów? Absolutnie!“ – wspomina.

Mając w pamięci słowa profesora, wieczorem idę do kina. W teatrze bym jeszcze jakiś skandal wywołała. Po całodniowym chodzeniu moje stopy są w niezłej formie, ale nieco przewrażliwione. Około południa ruchome schody nie były dla nich problemem, teraz jazda w górę jest bolesna. Na seansie jest trochę chłodno. Do domu wracam pieszo. Żarty się skończyły: teraz stopy trzeba… doszorować.

 

Zgłoś błąd / sugestie

© IMiNS, 2016