Vadim Makarenko

Charakterystyka:

Z pochodzenia Białorusin, który od 1991 roku związał swoje życie z Polską. Ukończył dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim.

Fakty z życia zawodowego:

Vadim MakarenkoDziennikarz “Gazety Wyborczej” – opisuje na jej łamach przełomowe wydarzenia i najnowsze trendy na rynku mediów, w przemyśle rozrywkowym oraz marketingu. Autor portretów takich medialnych magnatów, jak: Rupert Murdoch, William Randolf Hearst, Robert Maxwell oraz wywiadów z autorytetami światowego marketingu (Jack Trout, Philip Kotler, Wally Olins). W “Dużym Formacie” opublikował m.in. reportaże Templariusze Coca-Coli i Szpieg prawdę ci powie, za które nominowany był do prestiżowej nagrody dziennikarskiej GrandPress.

„W „Gazecie Wyborczej” pracuję od 1998 r., a od początku 1999 r. – w dziale gospodarczym. Piszę o mediach i reklamie – jak się zmieniają, jak wpływają na nasze życie i jak my na nie wpływamy. To niesłabnące źródło ciekawych historii. A właśnie opowiadanie historii i kontakt z ludźmi, którzy zmieniają świat, są najfajniejszą częścią naszego zawodu.”

Publikacje:

Pan redaktor Vadim Makarenko poprowadził w Instytucie warsztat poświęcony sztuce przeprowadzania i redagowania wywiadów prasowych.

Warto zobaczyć:

Wywiad przeprowadzony przez studentów Instytutu Dziennikarstwa z red. Vadimem Makarenko w ramach zajęć realizowanych na uczelni, traktujących o sztuce przeprowadzania wywiadów.

Studenci Instytutu Dziennikarstwa: Czy zawsze chciał być Pan dziennikarzem? Był jakiś konkretny powód, coś co Pana pchnęło w tym kierunku?

Vadim Makarenko: Nie wiem, co i nie wiem kiedy. Dziennikarzem chciałem być od wczesnego dzieciństwa, ale dorastając zastanawiałem się nad tym, gdzie zaprowadzi mnie ta droga. Możliwości, które rozważałem były różne: stosunki międzynarodowe, prawo międzynarodowe, a nawet aktorstwo. Ale w ostateczności zdecydowałem się na pisanie. Nie wiem, czy zrobiłem dobrze, bo teraz dawne przemyślenia wracają ze zdwojoną siłą, ale to już jest inna bajka.

SID: Od czego zaczynał Pan karierę dziennikarza? Czy w Polsce łatwo jest się przebić w tym zawodzie?

VM: Zaczynałem od pisania o sklepach w dodatku „Supermarket”, a następnie o pisałem o policji w „Gazecie Stołecznej”. Do gospodarki trafiłem, bo zwolniło się miejsce – jedna z koleżanek wyjechała za granicę. Ciąg przypadków. Przebić się jest coraz trudniej, bo prasa już nie zatrudnia dziennikarzy w takich ilościach, jak dawniej. Tytułów też jest mniej niż dawniej, jest więc trudniej. Ale ciągi szczęśliwych przypadków nadal się zdarzają.

SID: Czy był ktoś, kto Pana zainspirował do zastania dziennikarzem?

VM: Nie. Sam nie wiem, skąd to przyszło. Potem spotkałem na swojej drodze masę ludzi, od których się wiele nauczyłem. Ale w dzieciństwie nie było nikogo w moim otoczeniu, kto byłyby dziennikarzem albo chciałby nim zostać. Moi rodzice też nie zachęcali mnie do tego.

SID: Z Gazetą Wyborczą jest Pan związany od blisko 14 lat. W tym czasie wiele się zmieniło w naszym kraju. Naturalnym zjawiskiem min. w Polsce jest to, że media w jakimś stopniu współpracują, bądź podporządkowują się władzy. Czy uważa Pan, że ogólnopolski dziennik polityczno-społeczny, jakim jest Gazeta Wyborcza przeszedł polityczną metamorfozę?

VM: Od blisko 13 lat, ale nie widzę tego w ten sposób. Zresztą trudno dostrzec jakiekolwiek metamorfozy znajdując się w ich centrum. Sądząc po tym, w jakie polemiki się angażujemy oraz kto i za co nas krytykuje można powiedzieć, że „Gazeta” nadal broni tego samego światopoglądu, co u zarania swoich dziejów. Środowisko, skupione wokół „Gazety” ma liberalne poglądy zarówno w kwestiach obyczajowych, jak i gospodarczych i to się nie zmieniło od lat. W każdym razie taka jest moja osobista ocena sytuacji.

SID: Co ceni Pan sobie najbardziej w aktualnej pracy w Gazecie Wyborczej?

VM: Cokolwiek odpowiem, nie będę wiarygodny, ale spróbuję. Są to: kreatywność redakcji i jej chęć do podejmowania ryzyka, świetny zespół, duża swoboda działania, którą ten zespół dostaje oraz trzymanie się wysokich standardów. Czerpię z tego pełnymi garściami.

SID: Pisze Pan o związkach reklamy, mediów i ich odbiorców. Co spowodowało zainteresowanie właśnie tym tematem?”

VM: Dziennikarstwo ekonomiczne zawsze uważałem za nudne – cyferki, udziały w rynku, prognozy, korekty… Wyjątkiem była strona „gospodarka media”, która pojawiła się w „Gazecie” jakoś w drugiej połowie lat 90. To, co tam czytałem – było bardzo ciekawe. Reklama miała wtedy jeszcze inny status, to był błyszczący, popularny i prestiżowy zawód. Ale niewielu opisywało go wtedy jako sektor gospodarki. To dziś robi to każda gazeta, a do tego mamy dziesiątki serwisów internetowych.

SID: Jest Pan autorem wielu portretów medialnych magnatów oraz wywiadów z autorytetami światowego marketingu. Czy możliwość spotkania się z tak wyjątkowymi osobami nie sprawiła, że poczuł Pan chęć stania się osobą bardziej medialną, błyszczącą w blasku fleszy, kojarzoną również z wizerunku a nie tylko z nazwiska? Czy widziałby się Pan w roli np. Redaktora programu telewizyjnego?

VM: Nie, nie poczułem. Błysk w blasku fleszy jest OK, o ile wynika z konkretnych osiągnięć. Zawsze śmieszyli mnie ludzie, którzy są znani z tego, że są znani i bardzo rzadko interesowali. Sława sama w sobie jest dla mnie słabym motywatorem, dużo lepiej działa satysfakcja z wykonywanej pracy i pieniądze. Te ostatnie nie tylko dają komfort i pomagają osiągnąć przeróżne cele, ale są również dowodem na to, że dobrze się wykonało swoją pracę, że miało się rację. W tym sensie spotkania z ludźmi, którzy odnoszą sukcesy na swoich polach zawsze były dla mnie czymś niezwykłym. Np. Iwo Zaniewski, z agencji PZL (z którym nie zrobiłem, jak dotąd żadnego wywiadu, bo nie miałem na to pomysłu) rozmawiał kiedyś z „Briefem” i powiedział coś, co intryguje mnie do dziś: że w jego domu wymyślanie różnych rzeczy, czyli tworzenie było czymś normalnym i on robił to od dziecka. W związku z tym on nie męczy się wymyślając, a wręcz przeciwnie: ładuje akumulatory, bo on tego potrzebuje do życia. Dla mnie ta perspektywa jest zaskakująca, bo wymyślanie jest dla mnie dużym i ciężkim wysiłkiem. Z tego co wiem, większość moich kolegów ma tak samo. Nie wiedziałem, że dla kogoś to może być przyjemne i energetyzujące. Pozytywnie zazdroszczę takim ludziom, jak Iwo. Wracając do pytania: tego typu przemyślenia mam po spotkaniach z ludźmi albo po lekturze wywiadów z nimi. Zastanawiam się, czego mogę się od nich nauczyć, a nie o tym, jak zdobyć 10 punktów do lansu. W roli prowadzącego program telewizyjny próbowałem się, robiąc skromne produkcje dla portalu Wyborcza.pl i Gazeta.pl. Było bardzo ciekawie, bo to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Telewizyjna maszyneria mnie fascynuje, ale nie czuję się z nią komfortowo. To wymaga regularnych ćwiczeń, a tych na razie zaniechałem.

SID: Czy ciężko było dotrzeć do Jacka Trouta i w jaki sposób Pan to zrobił?

VM: Nie było ciężko. Trout przyjeżdżał do Polski i pojawiła się okazja. Jednak szybko okazało się, że jego harmonogram pobytu będzie tak napięty, że spotkanie nie wchodzi w grę. Dlatego wywiad odbył się mailowo. To, że się udał, było w głównej mierze zasługą Jacka Trouta, któremu chciało się produkować ?

SID: Co Pan sądzi o poziomie dzisiejszego dziennikarstwa prasowego?

VM: Poziom niestety pikuje i to z wielu powodów. Nie jestem jednak nestorem dziennikarstwa, nie mam na koncie żadnej środowiskowej nagrody, więc nie wiem, czy powinienem wypowiadać się na ten temat. Nie mam też żadnej recepty poza taką, że każdy powinien uprawiać swój ogródek maksymalnie dobrze i hołdować swoim zasadom.

SID: Czy według Pana, łatwiej zostać dziennikarzem telewizyjnym czy prasowym?

VM: To nie ma znaczenia. Na każdej z tych ścieżek trzeba pokonać inne przeszkody.

SID: Czy sądzi Pan że pracując za granicą mógłby Pan zarabiać więcej? Czy trzyma Pana coś w Polsce?

VM: Tak, za granicą pensje dziennikarzy są wyższe. Ale i rynek jest nieporównanie bardziej nasycony. W Polsce trzyma mnie przede wszystkim język. Znam wprawdzie angielski i rosyjski, w obu tych jeżykach mógłbym pisać teksty, ale to wymaga wprawy, a tej nie miałem na razie szansy zdobyć. Nie wykluczam, że kiedyś zaryzykuję i poszukam pracy za granicą, jednak im stajemy się starsi, tym trudniej zaczynać wszystko od zera.

SID: Czy zdarzyło się kiedyś Panu robić wywiad kompletnie bez przygotowania? Jak wyszła taka improwizacja?

VM: Zawsze panicznie bałem się prowadzenia wywiadu bez przygotowania. Dlatego miałem takich sytuacji bardzo niewiele. Po raz ostatni rozmawiałem bez przygotowania z Chrisem Sweckerem, byłym wiceszefem działu kryminalnego FBI, który teraz specjalizuje się w tropieniu oszustw bankowych. Nie wiedziałem, że go spotkam. Nie wiedziałem, że będę miał szansę na wywiad. Wszystko wydarzyło się w mgnieniu oka: organizator konferencji, na którą byłem zaproszony nagle powiedział, że jest szansa na 30-45 min. rozmowy. Wcześniej widziałem Sweckera jako uczestnika podczas jednego z paneli. Spodobał mi się, jako mówca: nie filozofował, nie uciekał od pytań, nie puszył się. Na dodatek jego praca – była i obecna – jest czymś szalenie ciekawym. Ale gdy szedłem na wywiad nogi się pode mną uginały, bo nie wiedziałem jak poprowadzić rozmowę. O pracy śledczych w instytucjach finansowych nie wiem przecież nic. No chyba że z filmów. I to była myśl, która olśniła mnie w ostatniej chwili. Moi czytelnicy w masie swojej też nic nie wiedzą na ten temat, ale na pewno spora ich część oglądała „Złap mnie jeśli potrafisz”. I to już było coś, bo bohater tego filmu, Frank Abagnale jest żywym człowiekiem, a nie fikcją i nadal pracuje w FBI. A więc Swecker może go znać, co się później potwierdziło. Pomysł z filmem uratował nasze spotkanie, jako wywiad.

SID: Który z wywiadów, które Pan przeprowadził, był dla Pana najtrudniejszy. Dlaczego?

VM: Nie wiem, który był najtrudniejszy. Życie dostarcza materiał porównawczy wagonami, więc czołówka w rankingu pt. „Moje najtrudniejsze wywiady” może zmieniać się z dnia na dzień. Niedawno oddałem tekst o pewnej blogerce. Spotkałem się z nią kilkakrotnie, rozmowa była bardzo sympatyczna, ale czułem, że nie byłem w stanie się do niej zbliżyć. W efekcie zrobiłem nie wywiad, lecz sylwetkę tej osoby. Opisałem ją tam tak, jak ją widzę, ale nie mam pewności, że jest właśnie taka, a nie inna. Nie mam pewności, że dobrze zrozumiałem jej zasady i motywy. Nienawidzę takich sytuacji, ale się zdarzają…

SID: Gdyby mógł Pan zadać jedno pytanie jednemu z najważniejszych ludzi na świecie- Barakowi Obamie prezydentowi USA, jakie by ono było? Ew. dlaczego nie chciałby Pan zadawać mu żadnego pytania.

VM: Chyba: „Co dalej?” Tzn. jak zamierza radzić sobie po prezydenturze. Będzie stosunkowo młody, gdy zakończy drugą kadencję, więc będzie musiał znaleźć dla siebie jakieś zajęcie. Jak się będzie z tym czuł? Jeśli powiemy komuś, że jego najlepsze czasy (albo osiągnięcia) są już za nim – sprawimy tym samym spory dyskomfort. Z tym dyskomfortem wiele osób ważnych i wybitnych musi sobie poradzić. W jaki sposób chce to zrobić Obama?

SID: Oderwijmy się na chwilę od ziemi. Czy jest jakaś osoba z którą chciałby Pan przeprowadzić wywiad, ale to się nigdy nie zdarzy, bo już odeszła. Ktoś żyjący pięćset czy pięć lat temu. Kto by to był i jakie byłoby Pana pierwsze pytanie do tej osoby.

VM: Nie wiem, czy bardzo chciałbym porozmawiać z kimś z przeszłości. Z Johnem Lennonem na pewno, ale tego typu marzenia akurat nie są wiele warte, bo nie są do zrealizowania. Natomiast w ogóle odrywanie się od ziemi, to bardzo pożyteczne ćwiczenie. Jeśli wykonuje się je regularnie, człowiek może zwalczyć sporo własnych ograniczeń umysłowych, zrozumiałem to całkiem niedawno. Chciałbym zrobić wywiad z Rupertem Murdochem. To postać bardzo złożona, pełna sprzeczności i fascynująca pod każdym względem. Pierwsze pytanie do takiej osoby? Nie wiem… Ale cały wywiad chyba dałoby się sprowadzić do jednego pytania: „Jak i czemu pan to robi?” Myślę, że to osoba, która jest obecnie nr 1 na liście moich priorytetów. Fascynuje mnie też Win Butler, lider Arcade Fire, który pracuje dla przyjemności. Stworzył unikalny zespół, który nagrywa niezwykłą muzykę. Wydawałoby się, że na zawsze pozostanie kapelą dla garstki wybrańców. A tym czasem Arcade Fire dostał Grammy za najlepszy album 2010 r., choć sprzedał niewiele. Jak im się to udało? W jaki sposób Butler trzyma swój zespół w takiej kondycji, jak motywuje go do pracy, że każdy koncert Arcade Fire gra tak, jakby był to jego ostatni występ? W jaki sposób tym ludziom i samemu Butlerowi udaje się uniknąć pokus tego świata i jeździć używanymi autami?

SID: Jaka najzabawniejsza sytuacja spotkała Pana podczas przeprowadzanego wywiadu?

VM: Nie wiem, czy kogoś te sytuację rozbawią poza mną samym. Zdarzało się, że długie rozmowy były przerywane obiadem (jak np. z prof. Zimbardo) albo wydłużały się poza wyznaczony czas (jak np. z Jamesem Goodnightem, prezesem SAS Institute, którego udało mi się zagadać do tego stopnia, że potem żartobliwie nazwał mnie „niebezpiecznym człowiekiem”). Przezabawnym rozmówcą jest Richard Quest, znany prezenter CNN, z którym spotkałem się i spędziłem kilka godzin, gdy Polska wchodziła do UE. Sam prowokował mnie do ostrych pytań, żartował i śmiał się z siebie. Rozmowa z nim była czymś w rodzaju dobrego show, bawiłem się znakomicie.

SID: Jaką najciekawszą opinie usłyszał Pan po wydaniu książki “Tajne służby kapitalizmu”?

VM: Nie wiem, bo były przeróżne. Np. ktoś nazwał moją książkę „dalekim echem >>No logo<<”, co zabrzmiało zabawnie, bo nie stawiałem tez nawet zbliżonych do tych, które postawiła Naomi Klein. Ale na odbiór nie mogę narzekać, recenzje były w większości pozytywne.

SID: Co skłoniło Pana do opuszczenia ojczyzny?

VM: Możliwość, którą dał mi polski rząd i za którą jestem mu bezgranicznie wdzięczny. Szansa podjęcia studiów w Polsce, o której wcześniej nigdy nie myślałem. W 1990 r., gdy zdawałem maturę, wyjazd na studia zagraniczne z ZSRR znajdował się kompletnie poza zasięgiem marzeń.

SID: Czy są takie momenty, w których żałuje Pan, że nie wybrał innej drogi zawodowej?

VM: Tak, gdy czytam rankingi zarobków prezesów? Mówiąc poważnie, lubię robić, to, co robię. Częściej natomiast żałuję, że nie mam innych pożądanych przez rynek pracy umiejętności. Trzeba mieć jakieś koło ratunkowe na wypadek, gdyby twoja pierwsza droga zawodowa zabrnęła w ślepą uliczkę albo zwyczajnie przestała cię kręcić. Mogą też zdarzyć się inne, niezależne od ciebie kataklizmy, jak np. kryzys i zwolnienia.

SID: Gdyby nie został Pan dziennikarzem, to co chciałby Pan robić w życiu?

VM: Chyba byłbym badaczem rynku. To praca maksymalnie zbliżona do mojej obecnej. Też zadaje się ludziom pytania, poznaje się nowe miejsca i zjawiska. Potem pisze się raporty zamiast artykułów. Ciekawe. Mógłbym być też tłumaczem albo wykładać na uczelni, ale to ostatnie zajęcie nie przynosi godziwych pieniędzy, a do kariery naukowej na razie mnie nie ciągnie.

SID: Co Pana skłoniło do prowadzenia zajęć w mojej uczelni?

VM: Ciekawość. Miałem gotowy materiał szkoleniowy, którego nie miałem jeszcze okazji wypróbować. Pomyślałem, że będziecie dobrym poligonem.

SID: Jak się Pan teraz czuje? Ktoś kto na co dzień czeka na odpowiedzi teraz sam staje pod gradem pytań. Czy jest to dla Pana sytuacja równie komfortowa?

VM: Czuję się dziwnie. Trochę, jak bohater „Tańca z gwiazdami”. Pocieszam się myślą, że jest to wywiad szkoleniowy. No i ręce już bolą od tego pisania.

Dziękujemy za wywiad

 

Zgłoś błąd / sugestie

© IMiNS, 2016